Zjednoczenie – rozdział V

Ogólnie czas mnie nie rozpieszcza (a później mogę być jeszcze bardziej zajęty), niemniej jednak dałem radę przejrzeć kolejny rozdział, tak że mogę Wam go pokazać. Wracamy w nim do wątku głównego.

I nadal zachęcam do komentowania. To, że na komentarze nie odpisuję (i taką politykę będę jeszcze podtrzymywał), nie oznacza, iż ich nie czytam i nie wyczekuję. Rozumiem jednak, że choćby niektórych stałych czytelników porwało życie. 😉

Miłej lektury!

*  *  *

V

Bardzo wysokie słupy skalne, wyrastające z niskich wzniesień, niemal sięgały ciemnych chmur. Zbudowane z brunatnych kamieni, ostro zakończone na szczycie, tworzyły atmosferę, która oszałamiała Kalderana nie gorzej niż wówczas, gdy przyleciał tu po raz pierwszy. „Jakby sami smoczy ludzie byli nimi zainspirowani, budując wieże” – pomyślał półsmok.

Smoczy rycerz podróżował cały dzień i połowę następnego, lecąc; zatrzymywał się jedynie na polowanie, posiłek oraz sen. Moment, gdy ujrzał cel, był więc wspaniałym wynagrodzeniem podjętych trudów. Będzie jednak jeszcze większym, kiedy smokowiec odnajdzie osobę, o której powiedzieli bogowie. Szkoda, że nie wskazali też, gdzie dokładnie ona przebywa, ponieważ słupów znajdowało się tu pięć. Mogłoby więc dojść do tego, że Kalderan musiałby przeszukać je wszystkie.

Znalazłszy się wysoko, smoczy rycerz ujrzał na ziemi jakąś grupę istot, chyba dwunożnych. Nie mógł jednak rozpoznać żadnej, choć z drugiej strony był ktoś, kto się wyróżniał. Jednak półsmok szybko przestał zaprzątać sobie tym głowę.

Myślał, kim jest osobnik, którego szuka, i co mu przekaże. Samo to podniecało go tak, że nie zamierzał spocząć na laurach.

 

Góry Niespokojnego Nieba wyglądały inaczej, niż Drenzok sobie wyobrażał. Z jednej strony niebo istotnie wydawało się niespokojne – wszystko przez liczne ciemne chmury – a z drugiej barbarzyńca nie spodziewał się tak ogromnych skalnych słupów. Przytłaczały go. Smokowiec nie mógł przestać porównywać się z tutejszymi szczytami i to sprawiło, że zapragnął wzlecieć wysoko. Krajobrazy obserwował zawsze z góry – stojąc w powietrzu, na wzniesieniach, wszystko jedno – i na samą myśl, iż mogłoby to wyglądać inaczej, było mu niedobrze. Jednak szybko zdołał odegnać to jako głupotę, zwłaszcza że nie wędrował sam.

Jaszczurowie bardzo chcieli oddać cześć temu ich smokowi. W przeciwnym razie raczyliby zarządzać przerwy dłuższe niż na posiłek. Lecz Drenzoka nie irytował ciągły marsz, ale właśnie to, iż musiał towarzyszyć plemieniu; nie mógł lecieć. Szczęśliwie Episkryp’iahel był już niedaleko. Należało jedynie wspiąć się – zielonołuscy wiedzieli, w którym słupie smok mieszka – odbyć wizytę i osiedlić gdzieś na nowo wraz z pobratymcami. Żaden problem.

Wówczas barbarzyńca ujrzał na niebie jakąś sylwetkę, ruchliwie krążącą nad górami. Nie zdawała się wielka. To była dwunożna istota. Drenzok pomyślał, że może to aves. Ale czego niby szukał w górach, szczególnie iż nie miał u boku nikogo ze stada?

Półsmok jeszcze raz przypatrzył się sylwetce. I poczuł gniew.

Gwałtownie rozłożył skrzydła, a wtedy będący obok Tkhri’kshach zatrzymał go ręką.

– Drenzoku, nie.

Wszyscy w jednym momencie spojrzeli na barbarzyńcę. Ten warknął.

– Muszę się zobaczyć z tym tam. Z drogi!

Zaczął machać skrzydłami, gdy nagle dwóch jaszczurów chwyciło go za ręce. Zaczęli się szarpać. Reszta zielonołuskich podeszła, przepuszczając Kishr’retha.

– Kim on jest, że śmiesz zakłócać nam pielgrzymkę? – zapytał wódz.

Drenzok wciąż próbował się wyrywać. Wtedy przemówił Tkhri’kshach:

– Czyżbyś zapomniał o naszej tradycji? Pielgrzymka do smoka polega na tym, że odbywamy ją wspólnie. Wszyscy, Drenzoku. Nie chcemy bowiem rozjuszyć Przodków ani ich posłańców. A ponieważ ty też należysz do Ostrych Kłów, nie jesteś wyjątkiem.

W tonie szamana słychać było naganę i zniecierpliwienie. W miarę jak mówił, barbarzyńca uspokajał się. Zdał sobie sprawę, że jego wściekłość nie ma sensu. Nawet jeśli naprawdę widział na górze Kalderana, co z tego? Miał własną misję, ten idiota nie był mu do niczego potrzebny.

Drenzok złożył skrzydła. Jaszczurowie puścili go.

– Prawda – odparł. – Przepraszam. Wybacz mi, wodzu.

Kishr’reth skinął głową.

– Przeprosiny przyjęte. – Wyszedł naprzód, po czym wskazał jaskinię u podnóży góry. – Niech samice i pisklaki skryją się tam wraz z dobytkiem. Iksha, będziesz im przewodzić. Poczekajcie, aż wrócimy od posłańca Przodków. Wtedy razem poszukamy miejsca, w którym się osiedlimy.

Jaszczurowie nie mogli wkroczyć do leża smoka z bronią, gdyż w ten sposób obraziliby gospodarza. Oczywiste też było, co by oznaczała wspinaczka wraz z dobytkiem. Dlatego Ostre Kły wydały pomruki aprobaty, a Drenzok wraz z nimi.

– Dobrze, wodzu – rzekła Iksha, po czym zwróciła się do samic: – Na pewno słyszałyście. Idziemy.

– Czekajcie!

Wszyscy odwrócili się w stronę źródła głosu. To była Tan’iss.

Speszona jaszczurzyca dopiero po chwili przerwała ciszę:

– Chcę iść z wami.

Większość samców zaśmiało się, a samice – oburzyły. Barbarzyńca wyszczerzył zęby w uśmiechu, lecz nie z szyderstwa.

– Nie idziesz – zawyrokował Kishr’reth.

– Nigdy nie widziałam smoka z bliska. Poprzednie plemię nie chciało mnie do żadnego puścić, a tyle dobrego słyszałam o posłańcach Przodków.

– Dlaczego nikt nie chciał, byś spotykała się ze smokami? – rzekł Tkhri’kshach zaciekawiony.

– Bo byłam za młoda! A kiedy już miałam tyle lat, że wódz mógłby mi na to pozwolić, dawno odeszłam od swoich braci i sióstr. Teraz mam szansę, by zobaczyć smoka na własne oczy!

– I myślisz, że kto będzie chronił dobytek? – syknął wódz. – Gdyby to ode mnie zależało, poszlibyśmy wszyscy. Ale nie zależy! Widzisz te góry? Najwyraźniej Przodkowie nie chcą, żebyśmy ruszyli tam wspólnie. Wszystkie macie zostać na ziemi, koniec!

Tan’iss uklękła.

– Błagam cię, wodzu! Stanie się coś dobytkowi, jeśli mnie nie będzie?

Samice wrzeszczały z oburzenia, samce zaś patrzyły złowrogo, lecz nie robiły nic ponad to. Drenzokowi z kolei ta jaszczurzyca… zaimponowała. Owszem, czuł się, jakby słuchał pisklaka. I znów owszem, decyzja wodza była ostateczna. Ale Tan’iss miała trochę racji. W niektórych plemionach panował zwyczaj, że tylko dojrzali jaszczurowie mogą widzieć się ze smokami. Tłumaczono to prawidłem, iż młodzi mogą zbrukać niestosownym zachowaniem święte miejsce, którym jest leże posłańca Przodków. A Tan’iss dopiero niedawno stała się dorosła.

Poza tym w jej postawie, uporze, coś fascynowało barbarzyńcę. Coś, co sprawiało, że aż nie wierzył, iż naprawdę o tym myśli.

– Puść ją, wodzu. Chce zobaczyć Episkryp’iahela, więc jej pozwólmy.

Kishr’reth spojrzał na smokowca z niechęcią.

– Starszy bracie… To, że jesteś, kim jesteś, nie znaczy, że wolno ci rozkazywać…

– Uważam, że powinieneś go usłuchać – przerwał Tkhri’kshach.

Wzrok wodza emanował już złością.

– Tradycja?

– Opinia starszego brata powinna być niezwykle ważna dla plemienia. Dlatego myślę, że przepuszczenie Tan’iss jest naszej tradycji bardzo bliskie.

Przywódca jaszczurów pokręcił głową z niedowierzaniem. Spojrzał na Drenzoka z pogardą tak wyraźną, iż smokowiec poczuł się nieprzyjemnie, po czym rzekł do samicy:

– Tan’iss… Czy bardzo ci na tym zależy?

Jaszczurzyca nadal klęczała.

– Bardzo, wodzu.

– A zatem powstań i wspinaj się wraz z nami.

Samce zasyczały z aprobatą, ale głosom oburzenia samic nie było końca.

– Tak postanowiłem – zawołał Kishr’reth władczo. – Ruszajmy!

Drenzok sam nie wiedział, czy jest zadowolony z rozwoju wydarzeń. Usiłował nie myśleć, jak bardzo będzie miał przesrane u samic, zwłaszcza tych, z którymi kiedyś się kochał.

 

Długo to trwało, ale Kalderan przeszukał jaskinie w większości skalnych słupów, aż, jak później sam zobaczył, natknął się na właściwą. I jak w każdym innym, gdy zagłębił się w korytarz, było duszno.

Im dalej smoczy rycerz szedł, tym większa panowała ciemność. Nie zgubił się jednak, gdyż szybko dostrzegł jedno źródło światła: coś błyszczało, jakby kosztowności. Przy takich źródłach natomiast widział wszystko w barwach ciemnej żółci. Przyśpieszył kroku.

Półsmok zaczął słyszeć głębokie oddechy, dobiegające daleko przed nim. Wkrótce jego oczom ukazał się drzemiący smok.

Smok. Mógł się tego spodziewać.

Ciemnobrązowe łuski, które, zdawało się, już dawno zmatowiały, poprzetykane były czarnymi fragmentami o różnych kształtach, ni to pasów, ni kropek. W policzkach obok zaokrąglonego pyska znajdowały się kostne wypustki, zaś z potylicy wyrastały cztery krótkie rogi i dwa nieco dłuższe. Mina gada wyglądała słodko, lecz Kalderan wiedział, że to tylko pozory. W ogromnej jaskini smokowiec dostrzegł również, rzecz jasna, skarb – głównie złote monety, ale nie w ilościach, o jakich słyszało się w różnych opowieściach – oraz bezładnie porozrzucane zwierzęce kości. Ze ścian w losowy sposób wystawało wiele słupów kryształu, w niewyjaśniony sposób oświetlających pomieszczenie. Wysoko, wysoko z sufitu zwisały nacieki skalne; woda z nich nie kapała. Burzowe Góry zaprawdę musiała opanować dziwna magia, skoro nawet w jaskini, w której powinna dominować wilgoć, było sucho.

Przez żmudność, z jaką Kalderan przeszukiwał słupy skalne, całe podniecenie zdążyło zaniknąć – ale nie obudziło się ponownie. Za czasów Iklestrii bywało, że smoczy rycerz spotykał smoki, ale tylko wspólnie z pobratymcami; sam na sam odwiedził jednego w trakcie tułaczki, przypadkiem. Wielki gad zahipnotyzował półsmoka, po czym bawił się nim do woli, aż ten zdołał wyzwolić się spod wpływu zaklęcia i uciec. Smokowiec nadal traktował swych protoplastów z szacunkiem, lecz nauczył się, że wielu z nich to znudzeni, ekscentryczni osobnicy. Dlatego wolał okazywać ów szacunek z daleka.

Ale jeśli ten smok wiedział to, czego oczekiwał odeń Kalderan, cóż pozostało? Z jednej strony nie wypadało zakłócać mu drzemki, z drugiej smoczy rycerz jakoś musiał zacząć.

Na szczęście gospodarz go uprzedził – otworzył jedno oko i spojrzał na smokowca.

Kalderan był zaskoczony, ale szybko się opanował. Zachowywał od smoka pewien dystans. Najmniejsza impertynencja mogła zniweczyć cały wysiłek.

Wielki gad leniwie uniósł łeb. Patrzył na smoczego rycerza badawczo, aż wreszcie przemówił w swoim języku. Tubalny głos brzmiał przerażająco, a jednocześnie intrygująco, tak jak powinna brzmieć smocza mowa. Jednakże Kalderan nie rozumiał ani słowa.

Gospodarz spojrzał na smokowca z zaskoczeniem, po czym kręcił głową przez chwilę. Rzekł w końcu po iklestryjsku:

– Jakim niemądry! Skąd, smoczy człeku, możesz znać naszą mowę? Lecz nie martw się, wiem, czym jest wasz lud, toteż przyswoiłem sobie język, którym władacie.

Właściwie to smokowiec, aby godnie uczestniczyć w pielgrzymkach, poznał podstawy smoczego języka. Sęk w tym, że już dawno ich zapomniał. Ale nie o tym chciał rozmawiać.

– Jak cię zwą?

– Jam jest Episkryp’iahel. – Smok zamyślił się. Smoczy rycerz oczekiwał w napięciu. – Kim jesteś, smoczy człeku? I z czym przylatujesz, że śmiałeś przerwać mi sen?

Kalderan zawahał się; słowa Episkryp’iahela zabrzmiały groźnie. Ostatecznie przemówił:

– Jam smoczy rycerz Kalderan. Episkryp’iahelu, chcę prosić cię o wskazówki.

Smok pomachał ogonem, delikatnie pokiwał głową. Wstał ociężale.

– Chciałbym ci coś wyjaśnić, smoczy człeku. W swym królestwie możesz dzierżyć tytuł szlachecki. Możesz być także podwładnym na roli, magiem, barbarzyńcą, samym królem. Możesz być wszystkim. Jednak dla mnie są to tylko puste słowa. Niezależnie od twego miejsca w hierarchii iklestryjskiej, traktowany będziesz z podobnym szacunkiem… o ile sam mi go okażesz. Niezmiernie rzadko mam okazję porozmawiać z inną istotą rozumną, a ze smoczym człekiem… Ho, ho, kiedy ostatnio to było? – Gospodarz podszedł do stosu złota. Łapą zaczął je macać, jakby czegoś szukał, a po chwili kręcił głową ze smutkiem. – Marnotrawstwo, zwykłe marnotrawstwo…

– Episkryp’iahelu… – wtrącił Kalderan, nie dając się zbić z tropu. – Me królestwo przestało istnieć. Wszyscy moi pobratymcy zginęli. Chcę jednak ich odnaleźć, gdyż święcie wierzę, iż przy życiu ostały się choć niedobitki. Nakazano, bym w Burzowych Górach odnalazł kogoś, kto wie, gdzie owi smoczy ludzie przebywają.

– Pięknie się błyszczą, prawda? – ciągnął swój temat Episkryp’iahel. – Czy wiesz, że inne istoty rozumne używają tych monet jako tak zwanych pieniędzy? Niebywałe marnotrawstwo! Żeby tak bezcenny kruszec zdewaluować i oceniać nim wartość wyrobów i usług, ulotnych jak chwile!

Smoczy rycerz poczuł wściekłość. Mimo to mówił cierpliwie:

– Episkryp’iahelu… Gdzie muszę rozpocząć poszukiwania swych pobratymców?

– Zastanawiam się, czy te monety mogłyby posłużyć za ozdoby do rzeźb – perorował dalej smok. – Chciałbym porzeźbić. Od dawien dawna chciałem, wszelako twierdziłem, że moje łapy nie nadają się do tej czynności… Ale każdy smok znajdzie rozwiązanie…

Kalderan ryknął gniewnie.

– Nie obchodzi mnie to, smoku!

Gospodarz spojrzał nagle na smokowca urażony. Prychając ze zniecierpliwienia, podszedł do niego, tak że spoglądał nań z góry. Smoczy rycerz, rozdrażniony, nawet się nie cofał.

– Nie zdajesz sobie sprawy – zaczął Episkryp’iahel, cedząc każde słowo – że nie okazując szacunku istocie, która pamięta czasy, kiedy to twoich rodziców ni dziadków nie było nawet w planach – narażasz się na jej gniew, prawda? Czyś przypadkiem nie chciał się czegoś dowiedzieć? A zatem co, co, pytam, tak niezmiernie cię nurtuje, że zachowujesz się jak rozwydrzone pisklę, iżby tylko zwrócić na siebie uwagę?!

Im dłużej smok przemawiał, tym większą unosił się złością. Zadziałało to na Kalderana tak bardzo, że ten spuścił pokornie głowę. Westchnął głęboko.

– Wybacz mi, Episkryp’iahelu. Urażenie twej dumy było moją ostatnią intencją. Lecz zrozum mnie, muszę działać. – Smoczy rycerz nieśmiało spojrzał w oczy gospodarzowi. – Czy przeto udzielisz wskazówek, gdzie mam zacząć szukać innych smoczych ludzi?

Episkryp’iahel patrzył na półsmoka bez emocji. Po chwili niebezpiecznie zbliżył doń łeb.

– Nie myśl, smoczy człeku, że nie słuchałem. Słuchałem, i to bardzo uważnie. Swe pytanie zadałem wyłącznie w gniewie… Tak. Jednak musisz wiedzieć, że dopiero od ciebie dowiedziałem się, iż Iklestria została zgładzona, a wasz lud – zdziesiątkowany. Kto ci przekazał, że to ja mam wskazówki, gdzie szukać ocalałej garstki, o ile można tak owe niedobitki określić?

– Moi bogowie, Teires i Irrioni, powiedzieli o kimś, kto mieszka w jednej z jaskiń Burzowych Gór. Przeszukałem większość, zaś odnalazłem jeno ciebie.

Smok oddalił łeb zaskoczony.

– Doprawdy? Sami bogowie? Hm, hm. Skoro tak mówią, pewnie mają rację. Musisz bowiem wiedzieć, iż na tę chwilę jestem jedynym mieszkańcem tych gór. Burzowe Góry, cóż to za fantazyjna nazwa!… Jednak znalezienie odpowiedzi na nurtujące cię pytanie wymaga czasu. Mam go mnóstwo, więc z chęcią oddam się kontemplacji.

Kalderan chciał już zaprotestować, kiedy nagle z korytarza jaskini dosłyszał tupot bosych stóp. Wielu bosych stóp. Niebawem wyłoniły się z niej dwunożne gady, spośród których smoczy rycerz nie dojrzał smokowców. Musieli to być jaszczurowie; półsmok kiedyś spotkał tę rasę, na dodatek przypomniał sobie, co mówił Drenzok. Plemię, nieuzbrojone, szło dwiema kolumnami, tworząc przestrzeń dla środkowej, o wiele mniejszej. Na jej czele pewnie kroczył jeden z najwyższych gadów, z ciemnozielonymi łuskami poprzetykanymi gdzieniegdzie fioletowymi plamami, niezwykle umięśniony. Smoczy rycerz pomyślał, że to wódz. Za nim znajdował się mniejszy jaszczur, lecz odznaczający się kostną wypukłością na czubku głowy, dzierżący laskę z rubinem. Był jeszcze trzeci osobnik, ze skrzydłami, przewyższający nawet przywódcę. Półsmokowi serce zabiło mocniej.

To był Drenzok.

Odruchowo Kalderan chciał wyciągnąć miecz, ale szybko zrozumiał, iż nie ma to sensu. Jaszczurowie wyglądali na nie mniej zaskoczonych, choć poza tym nie zareagowali w żaden sposób. Episkryp’iahel przyglądał się zgromadzeniu zaciekawiony.

Po chwili smok zaczął mówić językiem, który składał się, prócz głosek, z syków i pomruków. Swego czasu smoczy rycerz też próbował się go uczyć, lecz teraz pamiętał raptem pojedyncze słowa. Kiedy więc wódz odpowiedział gospodarzowi, Kalderan również nic nie zrozumiał. Wówczas wszyscy uklękli przed Episkryp’iahelem, zaś on sam uśmiechnął się. Rozmawiali dalej.

Smokowiec jeszcze skierował wzrok na Drenzoka. Barbarzyńca posłusznie robił to samo co jaszczurowie, jednak smoczemu rycerzowi odwzajemnił spojrzenie. Było ono obojętne, pozbawione nawet pogardy. Czerwony półsmok czuł się zdezorientowany, ale zaraz pojął, w czym rzecz.

„Więc to dlatego Drenzok poradził mi, abym zainteresował się plemieniem jaszczurzym” – pomyślał.

Popatrzył jeszcze przez moment na zebranych, po czym opuścił jaskinię. Z czasem zaczął słyszeć zbiór głosów, jakby odmawiano mantrę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s