Zjednoczenie – rozdział IV

Jeśli ktoś stwierdzi, że zachowuję się jak (pardon my French) kobieta w ciąży – zrozumiem. Bo jeszcze jakiś czas temu byłem przekonany, że nie warto kontynuować „Zjednoczenia”, a teraz nagle uznałem, iż warto jednak pociągnąć je dalej. Zwłaszcza że od dłuższego czasu mam jeszcze kilka rozdziałów w zanadrzu.

Ponadto dobrze się składa, ponieważ rozdział czwarty przypomni – a przynajmniej mam taką nadzieję – co się działo w prologu. Więc pisanie streszczenia przypominającego fabułę powieści chyba nie będzie potrzebne.

Z tej okazji czuję się w obowiązku wspomnieć o dwóch sprawach.

1) Jestem świadomy, że pewne kwestie w tej powieści wymagają zmiany albo przynajmniej przemyślenia, niemniej jednak stwierdziłem, iż gdybym chciał zacząć nad nimi pracować, to ciągu dalszego „Zjednoczenia” nie pokazałbym jeszcze przez długie miesiące (jeśli w ogóle). Dlatego założenia dotyczące ww. kwestii (języka bohaterów, ich przedstawienia, zgodności ich zachowania z reprezentowaną przezeń kulturą itp.) pozostają bez zmian do końca powieści, a nad ewentualnymi zmianami w tych założeniach pomyślę później. Jeśli komuś się to nie podoba, niech nie czyta. 😉

2) Nie będę przez jakiś czas odpisywał na komentarze (z wyjątkiem zdania typu „zapoznałem się, dziękuję”). Nadal będę je czytał i analizował, ale o co chodzi – jednym z powodów, dla których przestałem publikować w Internecie cokolwiek ze swojej twórczości, jest to, że krytyka czytelników stała się dla mnie nie do zniesienia. Mam na myśli zarówno nakładanie wymagań, które na mój gust są dla mnie zbyt trudne do spełnienia, jak i ruganie za wprowadzanie elementów, które są zgodne z moim zamysłem. Nie chcę po prostu, żeby taka polemika dla którejkolwiek ze stron skończyła się nieprzyjemnie. Poza tym, a) teoretycznie twórczość autora powinna być w stanie obronić się sama, b) czas, który poświęcam na polemikę z czytelnikami, mógłbym wykorzystać np. na pisanie i poprawianie kolejnych rozdziałów, a nie mam go znowuż tak dużo.

Uff. Jak zwykle się rozpisałem. Ale dzięki temu wyjaśniłem wszystko, co chciałem wyjaśnić (chyba).

Zapraszam zatem po ponadpółrocznej przerwie i życzę miłej lektury!

*  *  *

IV

Johannes Ekhart stał oparty o drzewo i obserwował horyzont, będąc zdanym tylko na światło księżyca.

– Johannes, przemęczysz się – odezwał się Kestrel, siedząc ze skrzyżowanymi nogami przy ognisku. Aby nie czuć pod sobą wilgoci, położył na ziemi kawałek skóry. Jak każdy jaszczur, potrzebował ciepła, szczególnie nocą.

– Zastanawiam się tylko, czy już wracają – odparł człowiek. – I jak im poszło.

– Martwisz się o nich?

– Nie o to chodzi. Tego, że przyjadą cali, jestem pewien. Ale dobrze wiesz, że musimy znać rezultat tej… eskapady.

Ekhart westchnął.

– Ja wiem jedno – rzekł Kestrel. – W żaden sposób tego nie przyśpieszysz, a w irde może zdarzyć się wszystko.

– W irde?

Jaszczur uśmiechnął się z politowaniem.

– W noc.

– Nie znam twojego języka – powiedział Johannes, dostrzegłszy zmianę w mimice towarzysza.

– Wiem. Po prostu wkurza mnie, gdy muszę komuś tłumaczyć jego zawiłości. – Kestrel spojrzał wprost w oczy Ekharta. – Usiądziesz? Czy nadal będziesz tak stał?

Na początku człowiek chciał zaprzeczyć, ale ostatecznie musiał przyznać jaszczurowi rację. Podszedł do jucznego konia i wyjął z zapasów kolejny kawałek skóry, po czym usadowił się przy ogniu.

– Wciąż wyglądasz na zamyślonego – stwierdził Kestrel.

Johannes pokiwał głową.

– Czy ci ludzie nie wiedzieli, że wynajęto już łowców nagród? – posłał pytanie w powietrze.

– Może tak, może nie. Na pewno chłopów nikt nie powiadomił. Tylko jeśli chodzi o mieszczan… To rzeczywiście ciekawe.

„Albo mieszczanom też nikt nie obwieścił, że ktoś już się tym zajmuje, albo chcieli na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość” – pomyślał człowiek. Jaki by ów powód nie był, dzięki temu zbiorowisku on, Kestrel i pozostała dwójka łowców nagród mogli zaoszczędzić sporo czasu.

Johannes wiedział tyle, że od dłuższego czasu jakiś stwór zamieszkuje pobliskie tereny. I, jak to stwór zresztą, uprzykrza życie mieszkańcom. Już sam opis zaciekawił Ekharta. Człekokształtny smok, który dzierży miecz, a ponadto nosi zbroję. Na pytanie, co takiego zrobił, padła odpowiedź, że wywołuje panikę wśród ludności, a wieśniakom nawet spalił dużą część zboża. Dlatego burmistrz wespół z jednym z baronów postanowili wreszcie się ugiąć – wynajęli łowców nagród.

Zebrała się drużyna. Johannes Ekhart był mężczyzną w sile wieku. Jego twarz porastał delikatny zarost, a sam człowiek wyróżniał się tym, że nosi kapelusz z rondem i ciemny płaszcz. Z kolei jaszczur Kestrel w niczym nie przypominał pobratymców z plemion łowiecko-zbierackich; należał do mieszczan. Ubierał się w jasnobrązowy kaftan – częściowo odsłaniający biały brzuch oraz klatkę piersiową – tudzież skórzane spodnie. Był bardzo wysoki, łuski miał zielone.

Johannes i Kestrel rozbili prowizoryczny obóz – dwa namioty na polanie. Niedaleko stały konie każdego z jeźdźców, odpowiednio gniady oraz kasztanowaty.

Ekhart znów się rozejrzał, a po chwili zadarł głowę. Na łące w oddali dostrzegł zapalony ogień.

– Już jadą.

Jaszczur również spojrzał w stronę horyzontu. Istotnie, w ich kierunku podążało dwóch jeźdźców – coraz lepiej dawało się dostrzec dosiadane kuce. Oraz sylwetki krasnoludów.

Horin i Gunnar.

Pierwszy z nich jechał na karym wierzchowcu. Rudą brodę miał zawiązaną na komicznie wyglądające dwa warkocze, a ubrał się w srebrzystą kolczugę i brązowe, skórzane spodnie. Z boku trzymał przytroczoną do pasa kaburę z bronią. Gunnarowi natomiast broda zwisała normalnie, za to eksponował bujną blond czuprynę. Utrzymywał ją opaską, która otaczała czoło i zatapiała się we włosach. Ubrany był podobnie jak Horin, jedynie nosił zatkniętą za pas wekierę. Dosiadał gniadego kuca. Jadąc, krasnoludowie rozmawiali; wyglądali, jakby mieli dobry humor.

Johannes wstał. Gdy tylko jeźdźcy zbliżyli się, spytał wprost:

– Czego się dowiedzieliście?

Horin i Gunnar w jednej chwili przerwali rozmowę, po czym zeszli z wierzchowców. Pierwszy zaczął:

– Dowiedzieliście, dowiedzieliście… Stwora nie ma, ot co!

– A dokąd w końcu pojechaliście?

– Pod taką jedną górę – odparł Gunnar, podchodząc do jucznego konia. Z zapasów wygrzebał suchy chleb. Zajadając się, mówił dalej: – Podoo tam miał miefkać, ale fie okazało, we nic z tego.

– Czyli fiasko – skonstatował Kestrel. – Będziemy jechali po omacku.

– Przynajmniej zaoszczędziliśmy sporo czasu – rzekł Johannes. – Horin, Gunnar. Jeśli założyć, że ta bestia mieszka w górze, to znaczy, że ma jakąś jaskinię. Byliście tam?

– Ta – odparł rudobrody, po czym pociągnął łyk wody z manierki. – Weszliśmy z masą luda do środka. Jakiś rycerz uparł się, coby samemu wleźć, ale żeśmy mu nie pozwolili.

Ekhart usiadł z powrotem, namyślając się chwilę.

– Johannes? – zainteresował się Kestrel.

– Kim był ten rycerz? – rzekł w końcu człowiek. – Jakieś znaki szczególne?

– Nie wiem, na co ci to wiedzieć, ale przedstawił się jako Idrinus – odpowiedział Gunnar. – Cały był w pełnej zbroi płytowej, do tego jeździł na siwce. I na szyi miał… Co to było? Chyba amulet jakowyś. Widziałem, jak mu się zaświecił.

Johannes spojrzał prosto na krasnoluda, jakby się ożywił.

– I co potem robił?

– Jakby to był sam nie wiem kto… Powiedział, że chce odnaleźć tego stwora i że musi w tym celu wyruszyć samotnie. Ot, cała historia.

– Dokąd pojechał?

– W sumie to nie wiem…

– Gunnar, nie gadaj głupot – wtrącił Horin. – Traktem uciekł! Tym, co biegnie przez las. Widzieliśmy obaj przecież, kiedy żeśmy wyszli z jaskini.

Ekhart pokiwał z namysłem głową. Po dłuższej chwili odezwał się:

– Ustalimy warty i idziemy spać. Wyruszamy o świcie.

Wszyscy spojrzeli na człowieka zdziwieni.

– Aż tak jest dla ciebie ważny? – spytał Kestrel.

– Ujmę to tak: jedyny trop, jaki mieliśmy, to zeznania mieszkańców, że widzieli, jak stwór lata po okolicy. Jednemu czy dwóm nawet wydawało się, że wylatywał z góry, pod którą wy dwaj – spojrzał na Horina i Gunnara – podjechaliście. Dlatego zresztą ten tłum tam się znalazł. Jeśli potwora tam nie ma, to znaczy, że jedyny nasz ślad przepadł.

– Dalej mamy rycerza, który wkracza sam do wnętrza góry – ciągnął Johannes. – Po powrocie obwieszcza, że nikogo nie ma. Sam odjeżdża diabeł wie dokąd. I ma amulet, który mu się świeci. Czyli z jakiegoś powodu zależy mu, żeby znalazł bestię sam, a do tego wie, jak się za to zabrać.

– Pierwszy wniosek rzeczywiście jest ciekawy – stwierdził jaszczur. – Ale drugi… To tylko domysły. Skąd możesz przypuszczać, że rycerz wie, jak odnaleźć naszą zdobycz?

– Zgoda, to tylko domysły. Ale wierzcie mi: ten jego amulet zapewne ma duży związek z tym potworem. Tu może chodzić o magię, Kestrel. A już za długo siedzę w swojej profesji, żeby lekceważyć takie rzeczy.

– No to musimy go capnąć, tak? – wtrącił się Horin, uderzając pięścią w otwartą dłoń. – Panowie, szykuje się robota!

– Najpierw to musimy go wytropić. Patrzyliście, którędy jechał?

– A jakże, śledziliśmy pana rycerza nieco – odparł Gunnar. – W pewnym momencie zboczył z traktu i tyle go widzieli. Pamiętam nawet gdzie.

– Rozumiem, że nie wiedział o waszej obecności?

– No słuchaj, trzymaliśmy się tak daleko, że zdziwiłbym się bardzo, gdyby nas zauważył.

– Znakomicie. Jutro go znajdziemy i będziemy śledzić dalej.

– Brzmi rozsądnie – skomentował Kestrel. – Mnie się wydaje, że nie odjechał daleko.

– Nie mógłby nawet. Na razie jednak pójdźmy spać. Kestrel, weźmiesz pierwszą wartę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s