Zjednoczenie – rozdział III

No więc… nie należy się poddawać. Szczególnie że mam kilku stałych czytelników.

Witam, prezentuję kolejny rozdział (…nie gadaj, Sherlocku!). Tym razem jednak nie pisany z perspektywy Kalderana, tylko innej postaci, mam nadzieję, że równie ciekawej (?) lub nawet ciekawszej. Plus zastanawiam się nad wprowadzeniem jednego pomysłu, który mógłby urozmaicić świat przedstawiony. Jeśli ktoś będzie zainteresowany, mogę napisać, o co chodzi.

Miłej lektury! I nadal liczę na Wasze komentarze, choć w najbliższym czasie prawdopodobnie nie będę na nie odpisywał.

Następny rozdział ukaże się pod koniec marca.

(Muszę wreszcie wziąć się na poważnie za poprawienie prologu, ale w najbliższym czasie może być problem, kurtka na wacie…).

*  *  *

III

Tan’iss zakołysała się gwałtownie, kiedy Drenzok ją objął. Uczynił to równie subtelnie co duży smok; choćby po tym nie dało się pomylić barbarzyńcy z nikim innym w plemieniu.

– Nikt nie zauważy? – zapytała jaszczurzyca.

– Tyle razy to robiliśmy – odparł smokowiec. – Nie myśl o tym.

Drenzok nie dziwił się zadanemu pytaniu. Tan’iss właściwie sama wpadała w jego objęcia, choć wiedziała, że gdyby Ostre Kły ich nakryły, mieliby problem. Ale – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, szczególnie iż plemię na pewno wiedziało o tym, że są razem. Więc czym tu się przejmować? Barbarzyńca miał u jaszczurów szczególne względy, a za ten czas spędzony poza Iklestrią coś mu się przecież należało!

Życie smokowca nie było zbytnio urozmaicone, lecz nie chciał niczego zmieniać. Pomagał w polowaniach, podróżował. Ponadto robił z samicami to, co obecnie z Tan’iss. Jeśli jednak o nie chodzi, to największą przyjemność – większą niż przy poprzednich partnerkach – czuł właśnie w jej towarzystwie. Drenzok nie umiał tego wyjaśnić. Może dlatego, że jaszczurzyca skrywała tajemnice? Nie wychowała się bowiem wśród Ostrych Kłów; znalazła plemię trzy miesiące wcześniej po długiej podróży. Jaszczurowie przygarnęli Tan’iss jak swoją, ale nigdy nie wyznała, skąd pochodzi ani co ją skłoniło do podjęcia tak trudnej wędrówki. Nie chciała zwierzyć się nawet barbarzyńcy.

W tej chwili jednak smokowiec nie zaprzątał sobie tym głowy. Po prostu działał.

Wkrótce oboje skończyli. Ruszyli w stronę jeziora: Tan’iss, żeby się oczyścić, a Drenzok, by po prostu się umyć, przy czym każde z nich obrało inny kierunek. Smokowiec szedł po mokrej ziemi, otoczony przez krzaki i liczne namorzynowe drzewa. Zręcznie omijał miejsca, gdzie woda była głębsza. Dzięki temu w najgorszym razie obmywał sobie pięty.

Niebawem dotarł do jeziora niedaleko namorzynów. Woda była czysta, przynajmniej na tyle, na ile mogła na bagnach. Jaszczurowie nigdy do niej nie wchodzili, tylko nabierali trochę do rąk i pili lub obmywali się. Szanowali otoczenie, w którym żyli, co zawsze wprawiało półsmoka w podziw. Drenzok brał „kąpiel” w taki sposób jak reszta plemienia. Czuł się bardzo przyjemnie, wręcz stałby przy jeziorze do wieczora, gdyby tylko mógł. Miał chwilę dla siebie, niech ktoś tylko spróbuje ją zakłócić!

– Jak się miewasz, Drenzoku?

„Szlag by to trafił” – pomyślał barbarzyńca. Głos ów zaskoczył smokowca, ale nie na tyle, by ten się odwrócił. Doskonale wiedział, do kogo on należy.

– Tkhri’kshach.

Barbarzyńca pośpiesznie oczyścił ciało do końca, po czym wstał. Kilka stóp od niego stał jaszczur z pomarańczowo-fioletową kostną wypukłością na czubku głowy. Podobnie jak reszta pobratymców miał ciemnozielone łuski i żółty brzuch, a do tego był umięśniony. Nosił naszyjnik z kłów, kilka mieniących się bransolet oraz – z powodów znanych tylko samemu Tkhri’kshachowi – przepaskę biodrową. Trzymał laskę zakończoną rubinem, otoczonym grubym drewnem.

– Niech zgadnę – rzekł Drenzok. – Od Przodków się dowiedziałeś, gdzie mnie znaleźć?

– Nie muszę korzystać z ich pomocy, by to wiedzieć, Drenzoku. Zwyczajnie ciekawiło mnie, czym się zajmujesz. Zatem – czym?

Rozmawiali po iklestryjsku. Tkhri’kshach – szaman Ostrych Kłów – wiele podróżował, dlatego ponoć władał dobrze aż dwunastoma językami. Mowę smokowców znał jeszcze przed momentem, gdy Drenzok spotkał jaszczurów po raz pierwszy. Jak jednak się jej nauczył, skoro w Iklestrii zabroniono mieszkać istotom, w których żyłach nie płynęła smocza krew? Barbarzyńca nie wiedział.

Półsmok myślał chwilę nad odpowiedzią, aż uznał, że nie ma po co kłamać. W pewnym sensie.

– Czyściłem się.

Tkhri’kshach zachowywał kamienną twarz. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Drenzokowi bowiem zdawało się, że wykrzywił ją delikatny grymas.

– Ja też byłem kiedyś młody – odparł szaman. – Tan’iss przynajmniej wie, że nie jest twoją pierwszą kochanką?

Smokowiec instynktownie przeraził się, choć zaraz odzyskał rozsądek. Można powiedzieć, że z szamanem rozmawiał jak równy z równym; jaszczur zawsze zachowywał takie sprawy dla siebie.

– Nawet jeśli, to co z tego? – tłumaczył się barbarzyńca. – Nic nie poradzę, że same do mnie lgną jak jakieś upierdliwe pisklaki do matki.

– Oby tylko się to na tobie nie zemściło, Drenzoku. I bacz na słowa, gdyż „upierdliwe” wskazuje, że lekceważysz nasze samice.

Barbarzyńca wolał nie ciągnąć tego tematu.

– Po co mnie szukałeś?

– Wejdźmy może między drzewa. Poobserwujemy nasze mokradła.

Barbarzyńca posłusznie ruszył za Tkhri’kshachem w głąb lasu, choć nie krył zdziwienia. Przecież dobrze znali to terytorium. O co mu chodziło?

Do Ostrych Kłów Drenzok należał od trzech lat. Już wcześniej zahaczał o różne ludy koczownicze, głównie gadzie, a wraz z nimi przesiadywał najczęściej na mokradłach. Obecny teren zajmowali już siedem miesięcy. Barbarzyńca często rozważał, dlaczego właśnie bagna. W Iklestrii sam mieszkał wraz z innymi czarnymi smokowcami właśnie tam, ale dlatego, że był to ich naturalny, rodzimy teren. Co więcej, próba osiedlenia się na nowym obszarze najczęściej kończyła się tym, że należało o niego walczyć z innym plemieniem smokowców, nawet czarnych. Tymczasem Ostre Kły od czasu, gdy Drenzok do nich dołączył, starły się z obcymi jaszczurami może ze cztery razy. Wraz z atakami ze strony ludzi, którzy czasami prowadzili obławy na zielonołuskich, dało się tego zliczyć tylko trochę więcej. Nie było zatem tej niepewności, czy jutro znowu nie będzie trzeba choćby bronić własnego terytorium przed intruzami. A tu, na bagnach, zwierzyny może i znajdowało się pod dostatkiem, ale za mało, żeby zielonołuscy zostali na stałe. Pewnego dnia smokowiec zapytał o to Tkhri’kshacha.

– To jest część tradycji danej nam przez Przodków – odparł wówczas szaman. – Mokradła są naszym domem, najlepszą kryjówką przed niepowołanymi oczyma. Zlekceważenie tego byłoby co najmniej nierozsądne.

„No tak” – pomyślał smokowiec z niesmakiem. „Nierozsądne to jest życie w gorszych warunkach tylko przez jakąś tradycję. Chociaż wy jeszcze patrzycie na to praktycznie”.

Kiedy zaś myślał o tradycji, przypominał mu się Kalderan. Barbarzyńcę ogarniała wtedy wściekłość. Potem półsmok obiecywał sobie, że przestanie zawracać sobie głowę tym kretynem, po czym wracał do swoich zajęć. I do następnego spotkania ze smoczym rycerzem rzeczywiście tak postępował.

Drenzok złapał się na tym, że znowu myśli o Kalderanie. „Nigdy więcej” – postanowił, chociaż w głębi duszy czuł, iż sam nie traktuje tego poważnie.

Przez cały czas obaj z Tkhri’kshachem milczeli. Nagle jaszczur zatrzymał się i odwrócił w stronę smokowca.

– Czy już dość napatrzyłeś się na nasze bagna, Drenzoku?

Barbarzyńca nie chciał przyznać, że bardziej niż widok mokradeł pochłonęły go własne przemyślenia. W końcu odparł:

– Lepiej mi wyjaśnij, szamanie, co takiego miałem zobaczyć.

– Najpierw odpowiedz mi na pytanie.

– Napatrzyłem się.

– Bardzo dobrze, Drenzoku. Kishr’reth chce się z tobą zobaczyć.

Smokowiec był już zupełnie zbity z tropu.

– Mogłeś od razu powiedzieć. Gdzie go znajdę?

– W szałasie. To pilna sprawa, dlatego nie polecam ci zwlekać.

Półsmok wydał pomruk dezaprobaty. „Co za hipokryta”. Odparł:

– Po co było to wszystko?

– Niedługo sam się przekonasz, Drenzoku. Bywaj.

 

W obozowisku barbarzyńca zrozumiał, dlaczego Tkhri’kshach urządził mu przechadzkę po mokradłach. Ostre Kły zbierały się do odejścia.

Zielonołuscy krzątali się energicznie, zabierając z domostw broń i zapasy. Włócznie, łuki oraz strzały składowali na uboczu, zaś żywność gromadzili w koszach uplecionych z gałązek. Same szałasy, zbudowane z trzcin, patyków tudzież mchów, położone były w bardzo płytkiej wodzie. Miały służyć głównie za schronienie. W jednym swobodnie mieściło się dwóch jaszczurów – góra trzech, jeśli mowa też o pisklęciu.

Kiedy Drenzok przechodził przez obóz, Ostre Kły przerwały na chwilę pracę. Wpatrywały się w smokowca, przeważnie zaciekawione, jakby był tu bardzo ważnym gościem. Poczuł się rozdrażniony.

Wtedy wzrok barbarzyńcy spotkał się z Ikshą. Trudno jej było nie rozpoznać w plemieniu – na plecach miała pięknie wyglądającą bliznę, która przedstawiała rząd ostrych zębów wraz z kłami, skutek dobrze wykonanej skaryfikacji. Dorosła jaszczurzyca obdarzyła półsmoka obojętnym spojrzeniem. Wyraźnie nie wiedziała, co czuć – smutek czy odrazę. Drenzok postanowił nie zwracać na nią uwagi.

Barbarzyńca złożył skrzydła jak najciaśniej i wszedł do największego szałasu. Hałas rozgorzał na nowo – plemię znów zajęło się swoimi sprawami.

W środku stał Kishr’reth, wódz Ostrych Kłów. Wraz z nim był Kh’oruz, który pomagał przywódcy wynosić dobytek, w tym trofea; omal nie minął się ze smokowcem, gdy chciał wychodzić. Przystanęli na chwilę.

Kishr’reth miał ciemnozielone łuski, poprzetykane gdzieniegdzie fioletowymi plamami. Prezentował większe umięśnienie niż pobratymcy. Natomiast Kh’oruz, młody jaszczur, nie wyróżniał się szczególnie, poza tym, że jego ogon był gęściej poprzetykany kolcami, dzięki czemu przypominał maczugę.

Młodszy Ostry Kieł odruchowo padł na kolana, okazując tak szacunek. Wódz odłożył trzymaną akurat włócznię i polecił zielonołuskiemu:

– Zostaw nas.

Jaszczur szybko wstał i bez słowa wykonał polecenie. Kishr’reth uklęknął na obu nogach, a zaraz po nim, z ociąganiem, Drenzok.

– Podobno masz do mnie sprawę – zaczął barbarzyńca. Rozmawiali w języku jaszczurów; smokowiec spotkał się z samym wodzem, więc tak nakazywała grzeczność. Ich mowa, oprócz głosek, zawierała syki i pomruki.

– Nie mylisz się, starszy bracie. Pewnie zaskoczyło cię to, że wyruszamy w dalszą drogę?

– Widziałem. Dlaczego nic mi wcześniej nie powiedzieliście?

– Nie mogliśmy cię spotkać. Wysyłałem braci i siostry, sam też poszedłem. Ale przepadłeś. Rozumiem, że dopiero Tkhri’kshach cię znalazł?

„Czyli Tan’iss zapomniała mi przekazać” – pomyślał Drenzok. Rzeczywiście, ostatnio bardzo rzadko przebywał w obozowisku – albo pomagał plemieniu w polowaniach, albo podróżował. Ponadto gdy tylko wrócił ze sprzeczki z Kalderanem, poszedł zobaczyć się z jaszczurzycą; przed Tkhri’kshachem żaden inny Ostry Kieł go nie widział.

Półsmok tylko pokiwał głową.

– Ostatnio często od nas wylatujesz – ciągnął Kishr’reth. – Masz w tym jakiś cel?

– Wodzu… Nie mogę cały czas siedzieć na bagnach – odparł barbarzyńca najszczerzej, jak mógł, byle nie wspomnieć o smoczym rycerzu.

– Ale nie możesz… Słuchaj, Drenzoku. Jako starszy brat obrosłeś wśród nas legendą, to prawda. Ale toleruję cię tylko dlatego, że szanuję tradycję. Jesteś przede wszystkim Ostrym Kłem, członkiem plemienia. I jako taki masz wobec nas zobowiązania.

Barbarzyńca prychnął.

– Pomagam wam w polowaniach i traktuję jak trzeba. A to, że nie chcę ciągle siedzieć w jednym miejscu, nie znaczy, że… Po co mnie wezwałeś?

Kishr’reth spojrzał na Drenzoka zniechęcony.

– Masz rację, że pomagasz. A wezwałem cię w innym celu. Zamierzamy odbyć pielgrzymkę do smoka, który przesiaduje w Górach Niespokojnego Nieba. W imieniu Ostrych Kłów proszę cię, abyś nam towarzyszył.

„Więc to tak” – pomyślał smokowiec. Z drugiej strony mógł się tego domyślić.

Odpowiedź przyszła szybko:

– Zgadzam się.

Kishr’reth przyglądał się barbarzyńcy.

– Mówisz prawdę? Sądziłem, że nie przyjmiesz tej propozycji.

– Chyba żartujesz, wodzu. Sam mówiłeś, że jako Ostry Kieł mam wobec was zobowiązania. A ten smok ma jakieś imię?

– Nazywa sam siebie Episkryp’iahelem.

Jaszczur chciał już wstać, kiedy Drenzok się odezwał:

– Dlaczego mnie tak traktujesz?

Wódz zmarszczył bezwłose brwi.

– Jak?

– Jakbym był tu… gościem. Pewnie, już przywykłem, że dla współplemieńców jestem kimś legendarnym. Nie zmienię tego, choćbym zdechł. Ale prawie wszyscy wiedzą, że też należę do plemienia, tylko do ciebie to jakoś nie dociera.

– O co ci chodzi? – zapytał Kishr’reth rozdrażniony.

– To ja powinienem o to zapytać – odwzajemnił ton Drenzok. – Co to było za pytanie, czy chcę odbyć z wami z pielgrzymkę? To chyba oczywiste, że chcę.

Wódz westchnął, maskując niecierpliwość.

– Starszy bracie. Owszem, dla naszego ludu nadal jesteś kimś wyjątkowym. Tkhri’kshach też cię za takiego uważa, a ja ufam jego osądowi. Ale chodzi o to, jak postępujesz. Nie zawsze jesteś na miejscu, kiedy cię akurat potrzebujemy. Panoszysz się, jakbyśmy byli dla ciebie tylko chwilową rozrywką. Mówisz, że chcesz dobrze, więc z łaski swojej to jeszcze pokaż. Jeśli chodzi o pielgrzymkę – ciągnął wódz po chwili – to pamiętam, że ty nigdy nie byłeś religijny, a nie przypominam sobie, żeby coś się zmieniło.

– Wodzu… To nie tak, że nigdy. Każdy Drakh’kiren w kogoś wierzył. Tylko idzie o to, że… Sam nie wiem. W moim kraju zdarzyły się dwie tragedie. Jedna nawet na długo przed tym, jak się wyklułem. Była jeszcze trzecia. – Drenzok przełknął ślinę. – Osobista. Więc nawet jeśli ci cali bogowie istnieją, już dawno mnie opuścili.

– Czyli nie jesteś religijny – stwierdził Kishr’reth.

– Nieważne. Po prostu to jest durne, że pytasz mnie o coś, chociaż wiesz, co odpowiem. Więc tak, pójdę z wami na pielgrzymkę.

W przeciwieństwie do Drenzoka, jaszczurowie byli bardzo bogobojni; wierzyli w duchy Przodków, których traktowali w gruncie rzeczy jak bogów. Uznawali ich za bardzo podobnych smokom, dlatego gdy jeden z wielkich gadów odwiedzał plemię, to jednocześnie, jako boski posłaniec, chronił je przed złymi mocami. Smokowcy stali w tej drabinie niewiele niżej.

Oczywiście, barbarzyńca wierzył, że pochodzi od smoków; także składał im hołd. Jednakże dla niego były to istoty rozumne jak każde inne, nie obiekt kultu. Gdyby czuły się znudzone, mogłyby chociażby spalić dla hecy plemię jaszczurów, kto im zabroni? Ale nawet jeśli religia zielonołuskich śmierdziała naiwnością na milę, Drenzok musiał się do kogoś podczepić. Jako że też pałał sympatią do smoków, szybko znalazł z jaszczurami wspólny język.

Kishr’reth skinął głową, po czym wstał, a za nim smokowiec.

– Ostre Kły na pewno się ucieszą, gdy dowiedzą się, że ruszasz wraz z nami. To wszystko, starszy bracie. Pomóż braciom i siostrom w zbieraniu broni i zapasów. Kiedy skończymy, wyruszymy bez zwłoki.

– I niech wasi Przodkowie nas prowadzą – rzekł smokowiec z namaszczeniem. Natychmiast stwierdził, że zabrzmiało to fałszywie, ale nie chciał już się poprawiać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s