Zjednoczenie – rozdział II

Bo tak to jest, kiedy leży się chorym w łóżku, a nad magisterką pracować się nie chce… Ale następny rozdział jest, i to na szczęście wcześniej, niż z początku zapowiadałem. Tym razem muszę powiedzieć, że z niego jestem bardziej zadowolony niż z poprzednich.

A propos rozdziałów poprzednich – zamieściłem je w różnych miejscach, w których otrzymałem opinie na ich temat. Opinie te uświadomiły mi, że wspomniane fragmenty wymagają solidnej poprawy. I zamierzam się za to zabrać. Gdy tylko coś z tego wyjdzie (mimo wszystko mam na razie rzeczy bardziej zobowiązujące…), dam znać.

Od teraz postaram się utrzymywać tempo jednego rozdziału miesięcznie, w związku z czym rozdział trzeci powinien pojawić się pod koniec lutego. Powinien.

Miłej lektury!

*  *  *

II

Einus przeglądał notatki, które sporządził na dalekim kontynencie. Wrócił dosłownie dzień wcześniej, a nie mógł nadziwić się, ile nowego zobaczył. Kitsune okazali się bardzo gościnni, pokazując uczonemu wiele ze swojej kultury: ogrody, broń, domy, świątynie. Mag nawet otrzymał kilka sadzonek runianki – rośliny z ciemnozielonymi, ząbkowanymi liśćmi oraz różowymi bądź białymi kwiatami.

„Bardzo sympatyczne społeczeństwo z nich” – pomyślał. „A runiankę na pewno posadzę. Jeśli naprawdę jest w stanie wytrzymać zimę, będzie ładną ozdobą mojego podwórka”.

O, tak, przydałoby mu się coś takiego. Zbudowany z polnych kamieni dom, na tyłach którego pyszniła się trzypiętrowa wieża – klasyczne mieszkanie dla maga, jakim był Einus. Uczony nie narzekał, wręcz przeciwnie. Wiedział jednak, że wypadałoby urozmaicić ten obraz.

„Szkoda, że nie poprosiłem o więcej takich kwiatów” – pomyślał uczony. „Może warto by w ogóle się nimi zainteresować? Kwiatami w ogóle? Ale to raczej po jesieni. I zimie. Choć… dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat nie zaszkodzi. Trzeba być jakoś przygotowanym…”.

Nagle Einus usłyszał, jak drzwi otwierają się gwałtownie. Wstał jak na komendę. Zaraz jednak uspokoił się i zaczął schodzić na parter, mamrocząc pod nosem:

– Tyle mówiłem. Tyle mówiłem! Nie przeszkadzać mi, kiedy pracuję! Dlaczego to do nikogo nie dociera? Jeszcze żeby chociaż zapukał, ale nie! Jak temu chamowi coś powiem, to się nie pozbiera, słowo daję…

Wtedy Einus dostrzegł w środku Kalderana. Złagodniał momentalnie.

– Muszę z tobą pomówić, Einusie – rzekł smoczy rycerz. Uczony był zaciekawiony. Odkąd się poznali, smokowiec zawitał u jego progu już kilka razy, lecz nigdy nie zaczynał mówić pierwszy. Nie okazywał też większych emocji; być może umiejętnie je ukrywał. Wyraźnie starał się robić to również tym razem, ale Einus widział, że półsmok wygląda na strapionego.

– Rozumiem, że to poważna sprawa – odparł mag. – Usiądź, bez pośpiechu.

Kalderan leniwie objął wzrokiem staromodne krzesło, które po chwili zajął. Zamyślony patrzył na drewniany, podniszczony stół; westchnął głęboko.

„Wygląda nieszczęśliwie” – pomyślał Einus. „Co się stało?”.

– Chcesz może coś do jedzenia, picia?

Smokowiec nie oderwał wzroku od mebla. Delikatnie pokręcił głową.

– Więc to naprawdę musi być coś poważnego – stwierdził uczony, po czym usiadł naprzeciwko gościa. – Powiedz mi w takim razie, co się urodziło.

Półsmok, nieponaglany przez Einusa, układał przez chwilę myśli.

– Miałem sen.

– Sen! A cóż w nim takiego?

Kolejny moment milczenia, żeby Kalderan mógł wszystko zebrać.

– Spotkałem… smokowca. Kirenę. Mówiła o Drakh’kirenach… – Półsmok pokręcił głową. – Smokowcach. Mówiła, iż mogę ich odnaleźć. Dała mi trop, wskazówkę, która prowadzi do ciebie, Einusie.

– No cóż – rzekł mag, wykorzystując następną pauzę. – To… intrygujące. A na czym polega ten trop?

Kalderan delikatnie drapał stół. Przestał, kiedy znalazł słowa, by kontynuować:

– Należysz do magów, którzy poświęcają życie zachowaniu pamięci o mej rasie. Przeto na pewno dywagowaliście nad tym, co by było, gdyby smokowcy ożyli. I znacie odpowiednie zaklęcia, dzięki którym tak by się stało. – Smoczy rycerz zbliżył twarz do Einusa. – Kiedy miesiąc temu wyrwałeś mnie z objęć śmierci, mówiłeś, że chciałbyś tego. Chciałbyś, aby mój lud się odrodził. Dlaczego więc go nie wskrzesicie?

– Kalderanie… – To było jedyne słowo, które uczony zdołał z siebie wyrzucić, usłyszawszy przemowę smokowca. Dopiero po chwili zdobył się na dalszą odpowiedź: – Wymagasz ode mnie czegoś, co jest… znacznie bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Zaczekaj chwilę, coś ci pokażę.

Einus podszedł do regału i przez moment w nim szperał. Wybrał dwie twardo oprawione książki: „Moje doświadczenia magiczne” Rikadesha z klanu Isek oraz „O różnych dziwnych przypadkach z magyą związanych” Martena Horsona. Obie położył na stole.

– Zwróciło moją uwagę, że pomyliłeś terminy „Drakh’kirena” i „smokowcy”. Na którymś spotkaniu ustaliliśmy, że jeśli tak będzie ci wygodniej, możemy rozmawiać po iklestryjsku. Jeżeli więc nie masz nic przeciwko, to się na ten język przesiądę. – Uczony usiadł z powrotem. – Weź do ręki Rikadesha i znajdź rozdział o zaklęciu wskrzeszenia.

Kalderan zaczął wertować książkę, aż natknął się na rozdział zatytułowany: „Moje doświadczenia z zaklęciem wskrzeszenia”. Na pierwszej stronie narysowana była mało szczegółowa rycina z martwym smokowcem.

– Znalazłeś? Przeczytaj na głos, co tam jest napisane – polecił Einus. Smoczy rycerz mówił, że w czasach Iklestrii nauczył się czytać, lecz przez lata tułaczki zapomniał, jak to się robi. Już niemal od początku ich znajomości mag poczuł się zobowiązany, by oswoić go z tą umiejętnością na nowo. Kalderan przystał na propozycję, choć nie bez oporów.

Smokowiec zaczął czytać:

– My, smoczy ludzie… wierzymy, że magią można dokonać wszystkiego. Dlaczegóż by więc nie sprawdzić tego, co nurtowało naszych cz… czarodziei od wielu pokoleń, czyli ożywienia zmarłego? Jednak moje badania nie mają nic wspyl… wspl…

– Wspólnego – poprawił Einus.

– …wspólnego z nekromancją. W tym rozdziale opiszę swoje…

– Przepraszam, że ci przerwę – odezwał się uczony. – Dalej jest napisane, że Rikadesh opracował to zaklęcie i przyniesiono mu zwłoki do testu. Przejdź trzy strony dalej i czytaj od pierwszego akapitu, który się tam zaczyna.

Smoczy rycerz posłusznie przeszedł dalej.

– Wpis trzeci. Wygląda na to, że moje zaklęcie udało się: ten oto młodzieniec oż… ożył. Mówi i myśli jak smoczy człowiek, jeno miewa bóle, jak to ktoś, kto leżał zszt… zesztyw-tyw…

– Zesztywniały?

– Zesztywniały. Jak to ktoś, kto leżał zesztywniały przez dłuższy czas. Ale czuję się skrajnie wyczerpany, muszę odpocząć.

– Wpis czwarty – Kalderan czytał dalej. – Niedługo po rzuceniu zaklęcia zacząłem czuć odryńtwienie…

– Odrętwienie.

– …odrętwienie, które nie zniknęło aż do tej pory. Jakby tego było mało, nie mogę nawet wstać, a co czas jakiś chwyta mnie przejmujący ból. Czyżby to bogowie pokarali mnie za sprzeciwienie się ich planom? Ale przecież to jest irrrrr… irracjonalne. Zwróciłem pisklakowi życie…

– Wystarczy – przerwał Einus. – Dość powiedzieć, że o ile Rikadesh wrócił do zdrowia po dwóch miesiącach, choć nie odzyskał nigdy pełnej sprawności, o tyle obiekt do testów znowu zmarł tydzień później. A teraz pozwól, że ja ci coś przeczytam. – Uczony ujął w dłoń książkę Martena Horsona, którą zaczął wertować. – Mam. To jest po penhalcku, więc uważaj. „Co możemy powiedzieć o wskrzeszaniu istot zmarłych?”. To jest tytuł rozdziału. „Możemy jeno powiedzieć, że niczym to nie jest, jak tylko żartem z natury, wynikającym z arogancji przeświadczeniem, iż istota rozumna może być wyżej niż bogowie. Wieleśmy widzieli w pielgrzymkach, jak magowie głowili się nad tą zagadką. A ci, którzy się nagłowili i użyli tego plugawego czaru, z czasem sami umierali w męczarniach. Nie mogliśmy im w żaden sposób pomóc, i dobrze; oto kara dla tych, którzy sprzeciwiają się planom sporządzonym na samym początku istnienia”.

Einus położył książki Horsona i Rikadesha jedna na drugiej.

– Rikadesh był czarodziejem, a jak dobrze wiesz, twoja rasa miała jednych z najpotężniejszych magów na świecie – rzekł uczony. – Na drugim krańcu mamy społeczność mniej uzdolnioną magicznie, na dodatek opis ten wyszedł z pióra kapłana, nie czarodzieja. Dobrałem takie zestawienie nie bez powodu. Chciałem pokazać, dlaczego twój pomysł jest niemożliwy do zrealizowania.

Kalderan spojrzał na Einusa, jakby domyślał się, o co chodzi. Wyraźnie jednak oczekiwał jeszcze wyjaśnień.

– Rikadesh miał duże problemy z tym zaklęciem, choć był potężnym magiem – ciągnął uczony. – Wprawdzie przeżył je, ale okazało się, że jako jeden z niewielu. Pewnie tu sobie pomyślisz: „Ale tu nie chodzi o nic innego, tylko o przywrócenie organizmowi funkcji życiowych!”. A może ja bym tak pomyślał, nieważne. W każdym razie miałbym wtedy część racji. Tyle że w tekstach masz też wyjaśniony powód, dla którego nie jest to takie proste, a nazywa się bogowie. A ty akurat powinieneś wiedzieć, że są to siły, z którymi nie można igrać.

– Weź jeszcze pod uwagę, Kalderanie, że nie mówimy tutaj o pojedynczych trupach, ale o dużej społeczności. Aby wskrzesić ją całą, trzeba by zebrać wszystkich magów na świecie i pewnie okazałoby się, że to nadal za mało. W dodatku ci magowie musieliby zgodzić się na ewentualne poświęcenie życia, i to w sprawie, na której zyskaliby niewiele. Albo wcale.

Smoczy rycerz powoli trawił te słowa, delikatnie kręcił głową. „Szkoda mi go, bardzo szkoda” – pomyślał Einus. „Ale co innego mogłem zrobić?”.

– Rozumiem – rzekł w końcu Kalderan, po czym wstał, sposobiąc się do wyjścia.

– Gdzie idziesz?

Półsmok rzucił tylko:

– Wyruszam na poszukiwania.

– Czego chcesz szu… – Uczony nagle zrozumiał, aż wstał z krzesła. – Tylko mi nie mów, że… Powiedziałem przecież, że nikt ci nikogo nie wskrzesi!

– Swych pobratymców – sprecyzował Kalderan, stojąc u progu. – Nie czarodziei.

– I gdzie chcesz się za to zabrać?

Nagle smokowiec odwrócił głowę w stronę Einusa. Patrzył nań zniecierpliwiony.

– Zadałem ci pytanie, gadzie – syknął uczony. – Gdzie chcesz się za to zabrać? Masz jakieś poszlaki, cokolwiek?

– Bogowie wskażą mi drogę – odparł smoczy rycerz.

– Bogowie to ci wskażą, jak zdechniesz! – Kalderan znów skierował się w stronę wyjścia. – Ja z tobą nie skończyłem! Nigdzie nie lecisz!

– Zatem co mam zrobić?! – ryknął nagle półsmok. Tak to zaskoczyło Einusa, że nie wiedział, jak zareagować.

– Kalderanie – rzekł po chwili. – Rozumiem, co tobą targa. Pewnie na twoim miejscu… zachowywałbym się tak samo. Ale zrozum, że jeśli zapuścisz się na nieznane ci tereny bez żadnego pomysłu, od czego zacząć, możesz spotkać tylko śmierć.

– Nie, Einusie – odparł Kalderan, namyśliwszy się. – Nie rozumiesz, co mną targa. Nie masz prawa rozumieć.

– W porządku, masz rację. Wszak jesteśmy w zupełnie innych położeniach. Ale spróbuj mnie zrozumieć, jesteś ostatnim przedstawicielem swojej rasy, a przynajmniej jedynym, o którym wiem. Takie życie jest cenne jak żadne inne i nie możesz szafować nim ot tak.

Smokowiec westchnął głęboko.

– Przeto tym tylko jestem? Mam dla ciebie wartość jeno jako ostatni smoczy człowiek?

– Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli! Bardzo cię szanuję, Kalderanie, i dlatego nalegam, żebyś został na posterunku i pozwolił nam rozpatrzyć tę sprawę.

Smoczy rycerz spojrzał na uczonego pytająco.

– Ech, widać, że trudno kojarzysz fakty. Mówię o magach zajmujących się zachowaniem pamięci o dorobku Iklestrii.

Kalderan spojrzał na Einusa z zaciekawieniem.

– Właściwie to jest coś, o czym mogę ci opowiedzieć – ciągnął uczony. – O ile oczywiście zechcesz znowu usiąść. Po co mamy tu stać?

Smoczy rycerz przystał na propozycję. Mag położył łokcie na stole i splótł ze sobą palce, a półsmok siedział, wpatrując się skupiony w rozmówcę.

– Kiedyś do naszego zrzeszenia należał niejaki Renard – zaczął Einus. – Miał bardzo… specyficzne poglądy. Twierdził bowiem, że smoczy ludzie wcale nie wyginęli, a konkretniej uszły z życiem niedobitki, które z dala od czyichkolwiek oczu zaczęły budować na nowo swój kraj. Ale ów Renard nie miał żadnych dowodów na tę tezę, więc wszyscy, w tym – no cóż – ja, uznaliśmy to za absurd. Postanowił więc odejść i od tego czasu słuch po nim zaginął.

– Ostatnio zacząłem się nad tą sprawą zastanawiać – mówił dalej uczony. – Naszym głównym argumentem przeciwko tezie Renarda było: „Przecież gdyby ktoś się uchował i chciał odbudowywać Iklestrię, to byśmy o tym wiedzieli! To niedorzeczne, nic nie umknie naszej magii, co to w ogóle za pomysł?”. I tak dalej, i tym podobne. I nagle przed sobą mam dowód, że jako magowie jesteśmy słabi. – Czarodziej otworzył ramiona w stronę Kalderana. – Po ucieczce z Iklestrii znalazłeś się pod wpływem zaklęcia, które sprawia, że nic ani nikt nie jest w stanie cię wykryć magicznie, nawet lud naga. Dość powiedzieć, że przez te kilka lat, kiedy to cały czas mieszkałeś sobie niedaleko mnie, nie miałem pojęcia, że w ogóle istniejesz. To może oznaczać tylko jedno: teza naszego kolegi wcale nie była tak absurdalna, jak z początku myśleliśmy.

– Raz na pół roku spotykamy się, żeby omówić pewne sprawy, a nie dalej niż za trzy tygodnie będzie kolejne zebranie. I tu mam dla ciebie propozycję: chciałbym, żebyśmy udali się na nie wspólnie.

Kalderan zmrużył oczy.

– Nie widzę w tobie entuzjazmu. Spodziewałem się tego, ale taką prośbę wysunąłem nie bez powodu. Na najbliższym zebraniu chcę przedstawić problem i zasugerować, abyśmy sprawdzili tezę Renarda. A łatwiej przekonam do tego kolegów, jeśli pokażę im żywego smoczego człowieka. Smoczego rycerza na dodatek. Sam więc widzisz, że opłaca to się nam obydwu.

– Dlatego chcę, żebyś na razie porzucił poszukiwania smoczych ludzi i pozwolił najpierw zadziałać tym, którzy mają do tego środki i wiedzę. Podejrzewam, że jako smoczy rycerz masz z magią tylko tyle wspólnego, ile naturalnie miał każdy z twojej rasy. I nie, nie namawiam cię, byś przestał o tym myśleć. Po prostu uważam, że nie wiesz, na co się porywasz.

Półsmok wbił wzrok w stół, westchnął głęboko. Einus jednak zobaczył, że smokowiec dyszy, jakby ze wściekłości; chwila nieuwagi, a zapewne by wybuchł.

– Zatem wymagasz ode mnie dwóch sprzeczności – rzekł powoli.

– Nie, Kalderanie – odparł spokojnie uczony. – To jest zupełnie…

Nagle smoczy rycerz zerwał się z krzesła. Niebezpiecznie zbliżył twarz do maga, tak że człowiek z wrażenia omal nie spadł. Z paszczy wydobył się przeciągły warkot.

– Drażni mnie to, iż nazywacie mnie „smokowcem”. Sam tego słowa używam, lecz jeno ze względu na szacunek dla cudzego języka. Jednakże wygląda to tak, jakbyście uważali, iż ktoś taki jak ja należy do podgatunku smoków. Jakbym był ich odpryskiem. To nieprawda, Einusie. Jestem potomkiem owych wielkich gadów, jako iż posiadam część ich potęgi. Jestem Drakh’kiren, Drakh’teire, co tłumaczycie jako „smoczy człowiek”, „smoczy rycerz”. – Kalderan wyprostował się, spojrzał na wciąż zaskoczonego Einusa bez emocji. Mówił dalej, a z jego słów biły ból i tęsknota: – To nie twój lud został wyniszczony, Einusie. Biada mi, iż muszę znosić tę niesprawiedliwość, pozwalać bogom i losowi pchać mnie tam, dokąd sobie zażyczą. Żądasz, abym cię zrozumiał, lecz co ze mną? Po tylu latach tułania się po świecie nareszcie odzyskałem nadzieję, wszystko dzięki kirenie ze snu, a ty chcesz mi to wszystko zabrać? To jest nie do przyjęcia…

– Moment, bo chyba czegoś nie zrozumiałem – przerwał wzburzony uczony. – Mówiłeś, że przyśniło ci się coś i dlatego tutaj przyleciałeś, zgoda. Ale to był jeden głupi sen. I co, i na nim chcesz to wszystko oprzeć? Znasz chociaż tę kirenę?

– Nie. Jednakowoż ów „głupi” sen dał mi powód do czynu. Nie zniewolisz mnie, Einusie. Sam jestem sobie panem, a wyżej mnie są jeno Teires, Irrioni tudzież inni bogowie z panteonu mej rasy. Twoja oferta, aby zająć się tym wspólnie z innymi magami, jest hojna, acz wy też nie znacie sposobu na odnalezienie mych pobratymców.

– A myślisz, że po co się zbieramy? Żeby połechtać własne ego? Nie, żeby przedyskutować to i owo. Jeśli faktycznie smoczy ludzie odbudowują Iklestrię, spróbowalibyśmy różnych metod, aby ich znaleźć. Może wszyscy są pod wpływem tego samego zaklęcia co ty? Przestudiowałoby się ten czar i wykorzystałoby do tego, żeby co niektórych z twojego ludu wykryć. To już jest jakieś wyjście! Daj nam po prostu czas, być może nawet nie będziesz musiał nic robić.

Kalderan spojrzał na maga rozkojarzony. Głęboko nabrał powietrza do nozdrzy i wypuścił.

– Nie mogę czekać, Einusie. Jeżeli chcę uzyskać owoce, muszę zadziałać samodzielnie. – Smoczy rycerz wstał. – Dziękuję, iż poświęciłeś mi czas.

– Jasny gwint… – mruknął uczony, który też się podniósł. – Gabriel jednak miał rację: na ciebie to czasami naprawdę nie ma rady. Niech będzie! Umywam ręce! Leć sobie, jak tak bardzo chcesz! Niech bogowie mają cię w swojej opiece! A czekaj, czekaj… – Mag powoli usiadł z powrotem. – Mówiłem o bogach? Zaraz, moment… Mam pomysł, jak to rozwiążemy. – Wskazał klapę w podłodze, znajdującą się niedaleko stołu. – Zejdziemy do piwnicy i przywołam ołtarz Teiresa i Irrioni. Porozmawiasz z nimi. Jeśli powiedzą, że twoja droga jest słuszna, to niechaj wiatry ci sprzyjają, bo nie mogę sprzeciwić się boskiej woli.

– Wiem, co uczynić, Einusie – odparł smokowiec.

– Do cholery, proponuję ci to, bo właśnie nie wiesz, co uczynić! Nie masz żadnego planu, nic! Potrzebujesz przynajmniej wskazówek. A czego ja nie umiem powiedzieć, to Teires i Irrioni doradzą spokojnie.

Półsmok zdawał się zastanawiać przez chwilę, aż otworzył klapę. Obaj z Einusem zeszli do piwnicy.

 

W ręce uczonego zapulsowała szkarłatna kula energii, od której pełna probówek i butelek piwnica zatrzęsła się. Z podłogi na samym końcu pomieszczeniu wychynął ołtarz – niewielki, marmurowy słup zwieńczony głową smoka z otwartą paszczą. Kiedy magowi oraz smokowcowi ukazał się w całości, wstrząsy ustały.

– Miłej rozmowy – rzekł Einus bez emocji, po czym opuścił piwnicę.

Kalderan uklęknął przed ołtarzem na jednej nodze i oparł miecz o podłogę czubkiem ostrza. Wymówił inkantację:

– Wznosimy nasze miecze ku waszej potędze i majestatowi. Wiernie służymy, dzięki składamy, uniżenie wielbimy. Przeto, chocieśmy niegodni, pokornie prosimy, byście ukazali nam się, stanowili dla nas oparcie, wysłuchali wątpliwości naszych serc i umysłów. Usłyszcie! Dajcie słowo! Niech stanie się wasza wola.

Dopiero po chwili smoczy rycerz usłyszał w głowie Teiresa, boga honoru:

Słyszymy twe wołanie, śmiertelniku. Wiemy, z czym przychodzisz.

Smokowiec milczał. Zamierzał najpierw poprosić o poradę, lecz przypomniał sobie, że bogowie widzą jego poczynania.

– Panie… Einus nie ma racji – usprawiedliwiał się. – Nie mogę czekać. Wszelako potrzebuję wskazówek, od czego mam zacząć poszukiwania.

Wiernie nam służysz, więc i otrzymasz radę – odrzekła Irrioni, bogini sprawiedliwości. – Czy wiesz, gdzie znajdują się Burzowe Góry?

Półsmok próbował sobie przypomnieć, aż odpowiedział:

– Nie wiem, do którego miejsca sięgnąć pamięcią.

Burzowe Góry znane są z tego, iż w zamierzchłych czasach wykluło się tam jedno z plemion ptaków gromu – wyjaśniła bogini. – Tam po same niebo wznoszą się słupy skalne. W jaskini wewnątrz jednego z nich mieszka ktoś, kto wskaże ci drogę.

Burzowe Góry. Więc tak się nazywały.

– Kimże jest ten osobnik? Czy dowiem się odeń, gdzie mogę odnaleźć swych pobratymców? – spytał smokowiec.

Poznasz go, gdy dotrzesz na miejsce – odparł Teires. – Od niego będzie zależeć, czy znajdziesz to, czego szukasz.

– Zatem udam się tam. Dziękuję po wielokroć za waszą pomoc.

To nagroda za twą posługę – rzekła Irrioni. – Na tym polega sprawiedliwość, Kalderanie.

Trans przeminął. Półsmok pomodlił się, po czym wyszedł z mieszanymi uczuciami, zwłaszcza wobec tego, jak bogowie rozumieją sprawiedliwość.

 

Kiedy Kalderan zszedł do piwnicy, Einus poszedł do kuchni zaparzyć sobie herbatę, byle tylko zająć czymś myśli. Cały czas jednak miał w głowie sprawę smoczego rycerza.

Co musiał zrobić, żeby namówić go, by został? Z przyjemnością nawet powyrywałby sobie wszystkie stojące rude włosy i przestałby tak często zmieniać obiekt zainteresowania. Nadal bowiem nie mógł pozbyć się wrażenia, że smokowiec popełnia ogromny błąd. Myśli samobójcze, nostalgia? Uczony nie umiał stwierdzić, dlaczego smokowcowi nagle zaczęło tak zależeć na tym, aby odszukać pobratymców. Z drugiej strony smoczy rycerz zawsze chodził własnymi ścieżkami. Raz uczony zaproponował, by półsmok zamieszkał u niego, ale ten odmówił. „Nie chciałbym nikomu nic zawdzięczać” – tłumaczył się. Potem nie wracali do tematu.

Lecz w jednym Kalderan miał rację: Einus nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji. Czy więc uczony mógł go osądzać?

Herbata gotowa. Einus usiadł z powrotem na jednym ze staromodnych krzeseł, patrząc z namysłem na surowe ściany wyłożone polnymi kamieniami. Czekał tylko, aż smoczy rycerz skończy rozmowę z bogami.

Długo to nie trwało. Klapa otworzyła się i wszedł smokowiec we własnej osobie.

– I co, Kalderanie? Co ci poradzili?

Smokowiec pomachał delikatnie ogonem. To znaczyło, że się zastanawia.

– Muszę polecieć do Burzowych Gór – rzekł w końcu. – Mieszka tam ktoś, kto posiada wskazówki, dzięki którym odnajdę smoczych ludzi.

– A wiesz, gdzie to jest?

Smoczy rycerz kiwnął głową.

– Już raz tam się udałem. Jednakowoż nikogo nie było mi dane spotkać.

– No, przynajmniej tyle, że już znasz te góry. O ile pamiętam, są jakieś dwadzieścia staj stąd, czyli dla twoich skrzydeł to niewiele. W ogóle to bogowie powiedzieli ci, kogo tam szukać?

Kalderan pokręcił głową.

– Rozumiem… – odrzekł Einus z namysłem. – No dobrze. Kiedy chcesz wyruszyć?

Smoczy rycerz namyślił się chwilę.

– Natychmiast. – I poszedł w stronę wyjścia.

– Zaczekaj, Kalderanie – powiedział Einus. – Mam do ciebie prośbę.

Smokowiec odwrócił się.

– Co by się nie stało, masz nie zdechnąć. Żeby to do ciebie, gadzie zakichany, dotarło.

Kalderan kiwnął delikatnie głową. Wyszedł na zewnątrz, po czym na skrzydłach opuścił dom człowieka.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s