Zjednoczenie – rozdział I

Skoro powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć też „B”. Innymi słowy – witajcie ponownie, tym razem we wpisie z rozdziałem pierwszym mojej aktualnej powieści, gdzie przechodzimy do „właściwej” akcji.

Ciekawi mnie, jak Waszym zdaniem wypada ten fragment pod względem warsztatowym, ponieważ sam przy którymś czytaniu czułem opór. Wprawdzie próbowałem to zmienić, ale jak mi wyszło – pozostawiam to Waszej ocenie.

Smacznego! I powiedzcie, jak smakowało.

Przy tej okazji chciałbym życzyć Wam wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku.

(Z uwagi na moje obowiązki istnieje prawdopodobieństwo, że następny rozdział ukaże się dopiero w lutym. Oczywiście postaram się wrzucić go wcześniej, ale niczego nie obiecuję).

*  *  *

I

Dzień wcześniej

Szukając na nowo własnego miejsca w świecie, smoczy rycerz Kalderan postanowił poświęcić się zwalczaniu zła. W praktyce sprowadzało się to do jednego: bronił ludzi przed bandytami oraz potworami. Życie stwarzało mu ku temu wiele okazji, ponieważ chętnie wylatywał z jaskini, aby nacieszyć oczy pięknymi krajobrazami. Tak było i tym razem.

Rozbójnicy grozili kobiecie, która trzymała w rękach płaczące niemowlę. Wyprowadzili ją na łąkę niedaleko drzew, zapewne z dala od domu; Kalderan nie zauważył w okolicy żadnej budowli. Zbirów naliczył czterech. Jeden mówił coś do ofiary i zaczynał się do niej dobierać, reszta tylko stała, pewnie żeby uniemożliwić niewieście ucieczkę. Smokowiec natychmiast wkroczył.

Bandyci, usłyszawszy odgłos skrzydeł, odwrócili się. Wtedy półsmok wbił miecz w czaszkę tego, który zwracał się do kobiety. Zbir osunął się bezwładnie, a smoczy rycerz wylądował, nie spuszczając wzroku z zaskoczonych ludzi. Niewiasta stała za jego plecami. Dziecko zawyło jeszcze głośniej.

Kalderan doskonale pamiętał rady, których swego czasu udzielił mu przyjaciel.

– Nie obawiajcie się – rzekł do ratowanych.

Rozbójnicy otrząsnęli się z szoku. Wyjęli miecze i z okrzykami ruszyli na smokowca. Nawet pomimo tego, co widzieli, łudzili się, że mają szanse z wytrawnym, potężnie zbudowanym wojownikiem. Jacy naiwni.

Zaatakowali półsmoka jednocześnie. Wszystkie ciosy, choć silne, Kalderan sparował. Bandyci cofnęli się, po czym jeden znów natarł. Nim pozostali zadziałali, smoczy rycerz przeorał mu klatkę piersiową. Zbir wypluł krew, zatoczył się, padł nieprzytomny.

Smokowiec zaryczał triumfalnie. Rozbójnicy zadygotali ze strachu, aż z krzykiem uciekli w stronę lasu.

Półsmok schował miecz za plecy. Przez chwilę był w swoim żywiole; omal nie zapomniał, dlaczego właściwie zaatakował bandytów. Odwrócił się w stronę kobiety, która wpatrywała się w smoczego rycerza z przestrachem. Dziecko nadal płakało. Niewiasta przysunęła je bliżej piersi, kiedy wyciągnął doń rękę. Pokręciła głową. Kalderan spoglądał ze współczuciem najpierw na niemowlę, potem na kobietę, dopóki nie zdał sobie sprawy, że to nie ma sensu. Z gadziej mimiki nie potrafili odczytywać emocji.

Niewiasta powoli odsunęła się od smoczego rycerza, nie przestając na niego patrzeć. Półsmok nie podchodził. Czego by nie zrobił, ona i tak nie przekona się do kogoś, kto pochodzi z zupełnie innej rasy. Z czasem kobieta zaczęła uciekać, aż zniknęła Kalderanowi z oczu.

Westchnął głęboko.

Chciał już odejść, kiedy usłyszał ludzki pomruk. Człowiek, którego zranił w klatkę piersiową, niemrawo próbował wstać. Smokowiec rozłożył skrzydła; nie chciał zawracać sobie nim głowy.

W tej samej chwili posłyszał smoczy ryk, dochodzący od strony lasu. Znieruchomiał.

Szybko jednak się opanował i wyciągnął miecz. Usłyszał ludzkie krzyki przemieszane z gadzimi warknięciami. Ten drugi dźwięk znał zbyt dobrze – to nie był smok. Zaraz zza drzew ukazało się oblicze niespodziewanego gościa, na którego Kalderan wciąż patrzył z rezerwą.

Inny smokowiec. Drenzok.

Jak smoczy rycerz należał do półsmoków czerwonych, tak nowo przybyły był czarnym. Jego łuski miały kolor smoły; jedynie brzuch, błony na skrzydłach oraz policzkach jawiły się jako ciemnożółte. Z potylicy wyrastały cztery krótkie rogi, zdecydowanie krótsze od tych dwóch, które miał Kalderan. Po grzbiecie biegła parada rzadkich kolców, przy wierzchu ogona coraz mniejszych, aż w połowie zanikały kompletnie. Był zupełnie nagi, nie nosił nawet prostych ozdób. Prezentował dzięki temu masywną sylwetkę, niczym nieustępującą tej, którą eksponowałby smoczy rycerz.

Drenzok poszybował tuż nad ziemią i wylądował przed czerwonym smokowcem. Kalderan schował miecz, ale wciąż milczał. Czarny półsmok patrzył na niego z mieszaniną wściekłości, kpiny oraz politowania.

– Witaj. Kalderan. – Nagle jego uwagę przykuł kirys łuskowy, który czerwony smokowiec nosił wraz z naramiennikami. – Zmieniłeś zbroję? To do ciebie niepodobne.

– Czego chcesz? – spytał Kalderan zniecierpliwiony.

Drenzok prychnął z rozbawieniem.

– Pytasz, a wiesz. Ja wszystko widziałem. Ci… ludzie uciekali od ciebie, czy nie tak? – Czarny półsmok wymówił „ludzie” w obcym, ludzkim języku, nie szczędząc pogardy.

Smoczy rycerz milczał.

– Nie masz mi nic do powiedzenia? – syknął Drenzok. – Ta kobieta od ciebie uciekła, mylę się? – Zawiesił głos, ale Kalderan wciąż nie odpowiadał. – Ile razy mam powtarzać? Daj sobie spokój, do cholery.

Słychać było ludzki pomruk. Dopiero wtedy smokowcy przypomnieli sobie, że nadal leży tutaj człowiek, który próbuje wstać. Czarny bezceremonialnie wbił mu pazury w brzuch. Mężczyzna drgnął w konwulsjach, po czym padł na wieczność.

– Skoro już zabijasz, rób to porządnie – odezwał się Drenzok. – Tamtych też zarżnąłem, bo tobie nie starczyło odwagi.

– Chroniłem kobietę – odparł Kalderan z emfazą.

– Co to zmienia? Myślisz, że rzucą takie życie, bo ktoś ich połaskotał? Zapomnij. Byłbyś już trupem, gdybyście zamienili się miejscami. Czyżbyś zapomniał, jak wtedy ludzie cię potraktowali? Ochroniłeś ich osadę, pamiętasz?

Smoczy rycerz rozłożył skrzydła.

– Co, dalej wolisz narażać swoje niewarte splunięcia życie? – ciągnął czarny smokowiec. – Nic nie pojąłeś. Nic!

Kalderan wzbił się w powietrze.

– Jam smoczym rycerzem, barbarzyńco. Zaszczyt to dla mnie. Nakłada na mnie powinności, z których nie mogę zrezygnować.

– Nie. – Drenzok ruszył w ślad za czerwonym półsmokiem. – To nie tak, że ty nie możesz. Ty po prostu nie chcesz. Nawet jak smoczy ludzie jeszcze żyli, uważałem tę waszą doktrynę za śmieszną. Myślałeś, żeby ją rzucić? Chociaż raz? Kurewska ułuda, nic więcej.

Smoczy rycerz z warknięciem wyciągnął miecz.

– Powiedz o smoczych rycerzach jeszcze słowo.

Barbarzyńca zaśmiał się.

– Grozisz mi?

– Wyzywam cię.

– Ha! Przyjmuję. Wylądujmy, bo nie chce mi się wisieć w powietrzu.

Tak uczynili. Drenzok założył ręce na piersi i przyglądał się smoczemu rycerzowi z kpiącym uśmiechem. Kalderana irytowało to zachowanie, a jednocześnie zastanawiało. Czy naprawdę pozwolił się czarnemu półsmokowi sprowokować?

– O ile pamiętam – odezwał się tamten – twój kodeks nakazuje ci walczyć honorowo. Widzisz u mnie broń? – Nie doczekawszy się odpowiedzi, ciągnął: – Nie widzisz. No to odłóż tę klingę.

Smoczy rycerz nie miał już żadnych wątpliwości wobec tego, co chciał osiągnąć barbarzyńca. Z drugiej strony, owszem, musiał traktować przeciwnika honorowo, więc powinien się dostosować. Nawet do tak cynicznego, zarozumiałego pomiotu, jakim był Drenzok.

Kalderan schował miecz, po czym odstawił go pod najbliższe drzewo.

– Będziemy walczyć bronią daną nam przez naturę – rzekł, wróciwszy przed oponenta.

– I to ja rozumiem! – pochwalił pobratymca czarny smokowiec. Nie przestawał się uśmiechać. – A co ze zbroją? Ją też masz zdjąć.

Tego było już za wiele.

– Smoczy rycerz nie może zdjąć zbroi – wycedził Kalderan.

Drenzok zaśmiał się gromko.

– Cholernie zabawne! Wymądrzacie się, że macie traktować przeciwnika z honorem, ale jak trzeba przez to zdjąć zbroję, ta zasada nie jest już ważna, w ogóle! Więc tak wygląda ta twoja świętość, Kalderan? Jak stek sprzecznych bzdur?

Smoczy rycerz nie wytrzymał – rzucił się z rykiem na barbarzyńcę. Czarny półsmok usunął się w bok. Chwycił pobratymca za rękę, wolną dłonią zadrapał mu policzek. Kalderan odwrócił się gwałtownie, tak że uwolnił się z uścisku Drenzoka. Atakował jak szalony. Przeciwnik z trudem unikał, kilka razy czerwony smokowiec go trafił.

Barbarzyńca rozłożył skrzydła, odleciał kilka stóp do tyłu. Smoczy rycerz poszybował w jego stronę. Czarny półsmok uniknął ciosu. Chwycił Kalderana za ogon, wykorzystując to, że się nie zatrzymał. Omal nie poleciał wraz z nim, ale zaparł się mocniej stopami o ziemię. Czerwony smokowiec zorientował się, w czym rzecz, i zahamował, inaczej wkrótce uderzyłby głową o drzewo.

Obaj się cofnęli. Kalderan próbował odzyskać rozsądek; wpadł w szał, który szczęśliwie nie skończył się dla niego niczym groźnym. Drenzok też pozwolił sobie na chwilę wytchnienia.

Nagle czarny półsmok wzbił się w powietrze, zamierzał zapikować. Czerwony nie pozostawał dłużny. Jednak barbarzyńca nabrał wysokości szybciej, ruszył więc do ataku. Kalderan przyjął gardę, ale Drenzok uderzył tak gwałtownie, że z trudem utrzymał równowagę. Nim wyprowadził kontrę, czarny smokowiec już odleciał. Smoczy rycerz wzniósł się i zaczął krążyć wokół przeciwnika. Oczekiwał jego reakcji.

W końcu obaj się starli. Uderzali pazurami, gryźli, nie odchodzili od siebie nawet na krok. Co rusz jeden bądź drugi tracił część wysokości, tylko po to, żeby ją odzyskać. Wszystko dopóki Drenzok nie chwycił ręki Kalderana, kiedy ten natarł ponownie. Czarny półsmok wbił szpony drugiej dłoni w wolne ramię smoczego rycerza, po czym, niby drapieżnik, przyczepił się pazurami u stóp do podudzi. Zaczął spychać go na dół. Choć nie bez problemu. Czerwony smokowiec starał się uwolnić, ruszał ręką, którą trzymał barbarzyńca. Ale to on miał przewagę.

Drenzok w końcu przyszpilił Kalderana do ziemi. Rykiem dodał sobie animuszu.

Szarpali się jeszcze przez chwilę. Smoczy rycerz próbował wywrócić czarnego smokowca, tak żeby mieć go nad sobą, ale nadaremnie. Barbarzyńca uwolnił rękę przeciwnika i drapnął w policzek. Czerwony półsmok warknął, ale przestał się stawiać.

– I co teraz? – spytał poważnie Drenzok.

Kalderan milczał. Nie chciał uznać zwycięstwa czarnego smokowca, ale co innego mógł zrobić?

Barbarzyńca westchnął.

– Kalderan… Zacznij wreszcie myśleć. Żyjesz kodeksem, który po Iklestrii jest gówno wart… a jak wpadasz w szał, i tak o nim zapominasz.

– Jam smoczym rycerzem… – syknął czerwony półsmok. – Nie przeszkodzisz mi… Muszę pomagać… być wzorem…

– Wybij to sobie z głowy, do cholery!

Smoczy rycerz spojrzał w niebo. A przynajmniej starał się, gdyż ciągle choć kątem oka widział tego bękarta.

– Chętnie bym cię zabił – ciągnął Drenzok. – Nawet broni oddechowej nie użyłem. Widzisz, jaki jesteś słaby? Jeszcze nadal karmisz się złudzeniami. Wiesz co? Naprawdę chciałbym cię zabić. Ale tego nie zrobię.

Barbarzyńca uwolnił z ciała Kalderana wszystkie pazury. Wciąż jednak pochylał się, spoglądając mu w oczy.

– Musimy… – zaczął smoczy rycerz. – Musimy… współpracować… Smoczy ludzie odrodziliby się…

Drenzok wybuchnął śmiechem.

– Dureń z ciebie, Kalderan. Co te urojenia z tobą zrobiły? Jak niby chcesz przywrócić Iklestrię? Smoczych ludzi? Wiesz w ogóle, co zrobić?

Czerwony smokowiec namyślił się chwilę. Ostatecznie pokręcił głową.

– Otóż to. Nie wiesz. Tak jak ja zresztą. Jesteśmy ostatni, pogódź się z tym! A skoro tak bardzo chcesz żyć z innymi, poleć do jaszczurów. Cały czas starasz się o szacunek u rasy, której to nie obchodzi, a wyobraź sobie, że oni od razu powitają cię z honorami. Każdy smok ci to powie.

Czarny półsmok wstał, a zaraz za nim smoczy rycerz. Barbarzyńca ani myślał mu pomóc.

– Będę żył po swojemu… – wychrypiał Kalderan.

Drenzok wydał pomruk dezaprobaty.

– Dosyć. Chcesz, żeby mówiono do ciebie jak do kamienia? Dobrze. – Rozłożył skrzydła. – Ale jak następnym razem wylądujesz na bagnie, to na mnie nie licz!

Barbarzyńca wzbił się w powietrze. Wkrótce zniknął czerwonemu smokowcowi z oczu.

 

Kiedy już Kalderan wrócił do jaskini w górskiej skale, zbliżał się zachód słońca. Teraz zapadała noc.

Siedział, wpatrując się w ognisko. Płomienie zdawały się tańczyć nieprzerwanie w chaotycznym rytmie. Zawsze to jakaś rozrywka. Smoczy rycerz miał posępny humor, chociaż nie umiał stwierdzić, z jakiego powodu najbardziej.

Przecież ochronił kobietę z dzieckiem. Tak jak poradził mu Gabriel, niedawno poznany płatnerz i przyjaciel – rzekł słowa otuchy. Nie krzyczała, ale smokowiec widział wyraźnie, że uciekała ze strachu. Ze strachu przed nim. Czy to możliwe, aby ludzie naprawdę Kalderana nie szanowali, czego by nie zrobił? Bo zawsze widzieli go jako potwora, nie istotę rozumną? Półsmok pomyślał, iż mógł zostać przez Gabriela okłamany, lecz szybko to odegnał. Pomogli sobie nawzajem, do tego płatnerz regularnie sprawdzał zbroję smoczego rycerza, nie chcąc nic w zamian. Ale skoro człowiek nie działał w złych intencjach, co smokowiec zrobił nie tak?

Drenzok znowu się pojawił, znowu śmiał obrażać to, co Kalderan uważał za święte. W trywialny sposób go sprowokował, a potem jeszcze upokorzył. Na dodatek wspomniał o tym felernym dniu! Czerwony smokowiec uratował wtedy osadę przed najazdem rozbójników, za co namiestnik króla „odwdzięczył” się, zarządzając egzekucję. Wieśniacy, którzy już wcześniej lżyli smoczego rycerza, poparli decyzję jednogłośnie. Tego dnia też jego dawny kirys płytowy uległ zniszczeniu i trzeba było wymienić zbroję na inną. Aż dziw, że wtedy, gdy nie było już dla niego nadziei – barbarzyńca uratował mu życie. A to nie jedyny taki przypadek.

„Gardzi mną, lecz jednocześnie chroni” – pomyślał smoczy rycerz. „Jaki ma w tym cel? Czyżbym był dla niego…”.

Nie wiedział, jak dokończyć. Zresztą nieważne. Liczył szczerze, że już nigdy Drenzoka nie spotka.

Kalderanowi znów przyszła do głowy Iklestria. Skierował wzrok na wygrawerowany przy jednym z dwóch wyjść symbol – gadzie oko przedzielone od góry mieczem. Znak smoczych rycerzy, głównej siły wojskowej królestwa; „obserwowali” je i chronili przed najeźdźcami. Ludem naga chociażby.

Wężokrwiści, mający zwierzęce głowy oraz ogon zamiast nóg, podstępem wkradli się do Iklestrii. Obarczyli kraj potężnymi zaklęciami, które sprawiały, że w smokowcach budziła się agresja – emocja już bez tego silna jak w żadnej innej rasie. Rasa wojowników poczęła się wyniszczać, a Kalderan też brał w tym udział. Kochał swoje królestwo, jednak, niech poświadczą same smoki – nie potrafił tego kontrolować. Gdy zaś magowie znieśli czar, było już za późno. Osłabieni smokowcy nie mogli stawić czoła ani naga, ani parszywym ludziom. Parszywym, gdyż bez mrugnięcia okiem złamali traktat o zawieszeniu broni i sprzymierzyli się z wężokrwistymi. A te gady miały jeden cel: wytępić wszystkich smoczych ludzi. Wszystkich, bez wyjątku.

Cudem przetrwał tę rzeź. Obok Drenzoka był prawdopodobnie jedynym smokowcem, któremu udało się uciec, choć uczynił to wbrew własnej woli.

Smoczy rycerz wstał i obejrzał symbol z bliska. Nie chciał uwierzyć, gdy dowiedział się, że jego tułaczka trwa już dwanaście lat. Nie wiedział jednak, ile z tego czasu mieszka w owej jaskini. Dawno do niej przywykł, a charakterystyczny zapach siarki nawet polubił.

Teraz nie był głodny. Po powrocie zjadł mięso, które upolował na zapas. Nie mogło jednak umknąć jego uwadze, że pożywienie znalazł z trudem. Od dłuższego czasu stawało się to coraz bardziej uciążliwe. Prędzej czy później będzie musiał przenieść się gdzie indziej, choć ledwo potrafił przyjąć to do wiadomości.

A potem wszystko od nowa. Dalej będzie trwał w tym śnie, w który zapadł podczas upadku Iklestrii. Dalej będzie przeżywał upokorzenia ze strony niewdzięcznych ludzi, dalej będzie robił wszystko, żeby chociaż przeżyć. Jakby był zwierzęciem, nie istotą rozumną.

Kalderan z rykiem uderzył obok symbolu. Cierpliwie znosząc ból, wwiercał się pięścią w ścianę.

– Jak długo jeszcze przyjdzie mi to znosić?

Nie, naga nigdy nie pokonali w tej wojnie smoczych ludzi. Jego pobratymcy wciąż żyją. To przeznaczenie nie pozwala smoczemu rycerzowi się z nimi zobaczyć. Wszystko przez nie.

Smokowiec stawał się śpiący. Dobrze, może przynajmniej w nocy znajdzie ukojenie; choć pewnie jak zwykle los ześle mu koszmar. Wyciągnął miecz, uklęknął na jednej nodze, po czym zaczął odmawiać wezwanie do odkupienia. Przepraszał za wszelkie pokusy, które niesie ze sobą życie doczesne, oraz prosił smokorycerskich bogów o błogosławieństwo. Powołał się na kodeks, mający stanowić jego podporę moralną. Kalderan przemawiał jakby w transie, lecz nie dał ponieść się zapałowi. Nie był w stanie.

Kiedy skończył, zgasił ognisko i usiadł, krzyżując nogi. Z czasem twardo zasnął.

 

Między wypalonymi skałami ze spiczastymi urwiskami znajdują się liczne przepaście, a w oddali wznosi się wulkan, z którego ulatuje gęsty dym. Wszystko to pod różowawym niebem, gdzie krążą skrzydlate istoty. Z tej odległości smoczy rycerz nie rozpoznaje żadnej.

Kalderan czuje ciepło, ale nie tak przenikliwe, jak myślał w pierwszej chwili. Pobliże wulkanu stanowiło niegdyś teren czerwonych smokowców; nawet gdy je porzucili, niektórzy odbywali pielgrzymki do mieszkających tam smoków. Choć parokrotnie sam był w takim miejscu, tej krainy nie kojarzy w ogóle.

Idzie przed siebie. Przepaście pokonuje na skrzydłach.

Krajobraz nie zmienia się, z powietrza słychać przeraźliwe skrzeki. Stworzenia nie zwracają na smoczego rycerza uwagi. Półsmok widzi, jak niektóre wzlatują niedaleko jednej ze skał. Stamtąd, oprócz nich, krzyczy coś jeszcze, ale Kalderan nie potrafi odgadnąć co. Podlatuje bliżej.

Nie, nie „co” krzyczy. To „kto”. Smokowiec rozpoznaje tę mowę.

– Na pomoc! Pomocy!

To jego ojczysta.

Kalderan wyjmuje miecz, po czym zrywa się do biegu. Przelatując kolejną przepaść, dostrzega zagrożenie – wiwerny i daktyle. Daktyle są gadami o ostrych dziobach oraz ptasim wyglądzie, z tą różnicą, że mają twardą skórę tudzież nietoperze skrzydła. Wszystkie stwory krążą wysoko, ciągle warcząc lub skrzecząc; co jakiś czas opadają za krawędź skały. Tam trzymają się jej łuskowe dłonie, nad którymi wystają skrzydła. Jedno wygląda, jakby opadło.

Półsmok słyszy jęki rozpaczy. Tymczasem gady dostrzegają go i atakują.

Smoczy rycerz nabiera w płuca powietrza. Po chwili zalewa potwory rzeką płomieni. Niektóre zaczynają się palić, lecz reszcie nie czyni to większej krzywdy. Wszystkie jednak odstrasza na tyle, że się wycofują.

– Pomocy!

Przy wołającym została wiwerna, która próbuje go dorwać. Kalderan rusza, wydaje smoczy ryk. Tym zyskuje sobie zainteresowanie bestii, wychylającej jaszczurzy łeb. Tnie ją po szyi. Potwór zręcznie unika. Atakuje szczęką, lecz smokowiec odskakuje w bok. Musnęło mu zbroję łuskową. Półsmok znów się zamachuje.

Na skale ląduje głowa wiwerny, wrzeszcząca jeszcze przez chwilę. Sam stwór spada w przepaść. Łeb drga konwulsyjnie, aż całkiem nieruchomieje.

Smoczy rycerz chowa miecz i wyciąga uratowanego na skałę. Jest to przedstawiciel jego rasy, tylko niższy, ze szkarłatnymi łuskami, bardziej podłużną paszczą, krótkimi rogami oraz wypustkami kostnymi na policzkach. Klękając obunóż, dyszy z wyczerpania. Na opadniętym skrzydle znajdują się rany.

Kalderan dopiero teraz zauważa, że nie ma do czynienia ze smokowcem, lecz ze smokowczycą. To kireni.

Smoczy rycerz pomaga jej wstać. Półsmoczyca podnosi się z trudem.

– Dziękuję, smoczy rycerzu. Myślałam, że zginę… Jak mnie znalazłeś?

„Tak musiał zdecydować los” – myśli Kalderan. Jednak zamiast tego pyta:

– Jak się nazywasz?

– Antreri. Przepraszam, muszę usiąść…

Smokowiec kiwa głową, po czym odprowadza kirenę pod strome urwisko. W powietrzu nie słychać już odgłosów wiwern ani daktyli, żadne też nie wypełnia sobą różowawego nieba.

Siadają. Rana na skrzydle boli Antrerę, ilekroć smoczy rycerz je dotyka. Najgorsze, że nie ma niczego, czym mógłby zabandażować kończynę. Chociaż nigdy nie wiadomo, co przydarzy się we śnie.

Właśnie, sen. Tam wszystko jest możliwe. Musi tylko…

– Nie musisz się męczyć, Kalderanie z klanu Zyrekhen, synu Kordyrana – mówi Antreri. – Moje skrzydło zasklepi się…

Półsmok czuje się osłupiony.

– Skąd znasz moje pełne miano?

– To jest sen, nie pamiętasz? – Smokowczyca uśmiecha się. – Wszystko, o czym wiesz, pojawia się tutaj.

– Nie znam tego miejsca.

– Możliwe, że zostało ono w twojej świadomości. Wielu rzeczy nie pamiętamy, ale kiedy przychodzi co do czego, potrafimy je odtworzyć.

Smoczy rycerz spuszcza głowę i delikatnie podnosi ogon. To ma sens.

– Dzielnie walczyłeś z tymi potworami – odzywa się Antreri. – Szczególnie z wiwerną. Zupełnie jakbyś był już w tym doświadczony.

– Kiedyś… zmierzyłem się z jedną – podejmuje Kalderan. – Aby zostać pasowanym na smoczego rycerza.

– Stare czasy z Iklestrii?

Półsmok smutno kiwa głową.

– Tak rzadko… – zaczyna nową myśl, ale zawiesza się.

– Tak?

Smokowiec mówi dopiero po chwili:

– Tak rzadko… mam okazję porozmawiać z kimś w swej mowie. Smoczy ludzie nie żyją…

– Smoczy ludzie? Oni zawsze żyją, w twoim sercu. Nie możesz myśleć, że jest inaczej, musisz tylko umieć ich odnaleźć. Ocaliłeś mnie, więc z pewnością ci na tym zależy.

Kalderan milczy zamyślony. Nagle Antreri ponownie się odzywa:

– Czy chciałbyś czasem coś zrobić? Sprawić, by smoczy ludzie odrodzili się?

Smoczy rycerz znów spogląda na kirenę. Smokowczyca ma zadziwiającą umiejętność spoglądania w głąb czyjejś duszy, tak że nawet półsmok nie zdaje sobie sprawy, iż naprawdę o tym myśli. I bez tego zresztą wydziela jakąś niewytłumaczalną aurę, która przyciąga uwagę Kalderana.

Chce przy niej być. Jak przy bliskiej przyjaciółce. To nic, że istnieje tylko we śnie.

Właściwie… dlaczego przez tyle lat tułaczki nie zrobił nic, by odnaleźć pobratymców?

– Nie obwiniaj się – mówi Antreri, jakby czytała w myślach. – Jestem pewna, że próbowałeś uczynić coś w tym kierunku. Jednak z czasem straciłeś nadzieję i usiłujesz żyć z tym, co masz. Nie chciałeś tego, lecz uznałeś, że nie masz wyboru. Zgadłam?

Smokowiec ostrożnie kiwa głową.

– Twój wzrok mówi, że bardzo pragniesz odszukać smoczych ludzi – ciągnie kireni. – Zatem, bracie, przybliż się, coś ci szepnę…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s